Intelektualiści a wolny rynek

L

lebiediew

Guest
Wielu myślicieli wolnościowych próbowało odpowiedzieć na pytanie, dlaczego intelektualiści (ci, którzy produkują i rozprowadzają idee, ideologie czy dyskursy) są tak niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi. Możliwych odpowiedzi jest wiele:
-wyjaśnienie socjobiologiczne i podobne wyjaśnienia antropologiczne (np. zazdrość/unikanie zazdrości jako główne motory działania - Schoeck),
-brak wiedzy – ekonomiczny analfabetyzm, oddzielenie od rynku,
-zawiść względem tych, którym lepiej się udało (Mises),
-zakorzeniona w naszej kulturze pogarda do moneymaking (Mises) – pytanie skąd się wzięła?,
-nadprodukcja intelektualistów, którzy polują na posady państwowe (Schumpeter),
-zły wpływ pozytywizmu – kontrola, eksperci, badania, eksperymenty itp. (Levy),
-przekładanie mechanizmów z science – kontrola nad przyrodą => kontrola nad społeczeństwem (Hayek),
-wzmocnienie ego – w socjalizmie intelektualiści grają kluczową rolę, w kapitalizmie mają niewiele do zrobienia (wizja ograniczona vs wizja namaszczonych – Sowell),
-mechanizm państwowego finansowania nauki w dłuższym trwaniu skrzywia paradygmaty nauk, by były propaństwowe,
-bezpośrednie przekupstwo ze strony rządzących/podlizywanie się władzy (Rothbard?),
- system szkolnictwa sprawia, że przyszli intelektualiści niejako podświadomie cenią wyżej zorganizowane i zaplanowane działania systemowe niż działania rynkowe (te pierwsze - czego nauczyli się w szkole - zapewniają im wysoką pozycję społeczną - dotyczy to szczególnie intelektualistów sprawnych werbalnie, te drugie nie dają im szczególnej przewagi) (wyjaśnienie Nozicka).

Część z tych odpowiedzi jest równocześnie odpowiedziami na pytanie – dlaczego zwykli ludzie są przeciw kapitalizmowi – w tym ujęciu intelektualiści nie różnią się wiele od przeciętnego obywatela. Ale takie wyjaśnienia są niesatysfakcjonujące, gdyż niejako z definicji intelektualista winien być tym, który sięga głębiej, pod powierzchnię pierwotnych impulsów czy narzucających się oczywistości.

Które z tych wyjaśnień wydaje się szczególnie przekonywające w odniesieniu do intelektualistów właśnie? Jeśli działa tu mechanizm przekupstwa ze strony władzy - jak dokładnie jest on realizowany?
 

Mad.lock

barbarzyńsko-pogański stratego-decentralizm
5 148
4 752
Wiele z tych punktów można podsumować prosto: egoizm.
Druga grupa to autentyczna ignorancja i inżynieryjne zabieranie się za ekonomię i sterowanie społeczeństwem.
I w sumie mamy 3 kombinacje:
Egoistyczny ignorant.
Ignorant wierzący w swoją misję ideową.
Egoistyczny kłamca, świadomy wyższości wolnego rynku.
 

Aterlupus

Well-Known Member
474
930
Ludzi popierających socjalizmy z wyrachowania jest raczej niewiele. W przeszłości mieliśmy np. ZSRR, w którym wystarczyłoby zrezygnować z kolektywizacji rolnictwa, żeby ludzie przestali umierać z głodu (no dobra, Stalin sprzedający zboże na zachód, żeby kupić części do czołgów, kiedy dzieci były zjadane przez rodziców, też się do tego przyczynił), ale lepiej dla państwa było roztoczyć nad sektorem "opiekę" i iść w zaparte, że pomoc państwa jest potrzebna, w ramach inwazji państwa na wszystkie aspekty życia człowieka, mającej doprowadzić do uzależnienia jednostki od systemu. Dziś też znajdą się np. pracownicy budżetówki, którzy mając wpływ na te czy inne decyzje, będą bronili swoich stołków, nie sądzę jednak, żeby byli przekonani co do wyższości wolnego rynku.

Moim zdaniem dominuje niewiedza co do sposobu działania mechanizmów rynkowych, czy to na skutek zwykłej ignorancji, czy też propagandy, tak jak proletariusze radzieccy z pewnością byli święcie przekonani, że urynkowienie rolnictwa spowoduje powrót kułaków, którzy będą ich wyzyskiwać. Wychodząc z takich nieuzasadnionych założeń łatwo o przekonanie co do wyższości ludzkiego umysłu nad swobodnym ładem, zwłaszcza gdy ktoś nie zdaje sobie sprawy ze spontanicznej kreacji dobrowolnych mechanizmów i relacji i w swojej ignorancji interpretuje swobodny ład jako chaos, no a wtedy - "Oczywiście że lepiej żeby ktoś rządził niż żeby był chaos!".

W prostszych słowach - zarówno przeciętny człowiek, jak i przeciętny inteligent, nie zdaje sobie sprawy z tego, że społeczeństwo może funkcjonować bez centralnego nadzoru. Ba, że możliwe jest istnienie zdecentralizowanych systemów spełniających swoje funkcje lepiej niż te centralnie zarządzane.

Na przykład - podejrzewam, że "wiedza" większości ludzi co do tego jak działa organizm ludzki sprowadza się do przekonania, że "wszystkim zarządza mózg" i byliby zdziwieni gdyby uświadomić im, że serce umieszczone w odpowiednim ośrodku "samo" bije, jak wiele procesów odbywa się samoistnie na poziomie komórkowym. To samo dotyczy innych aspektów naszej rzeczywistości. Ilu ludzi wie jak działa internet? I nie mówię tu o protokołach, szyfrowaniu, czy relacjach klient-serwer, chodzi mi o zwykłą świadomość faktu, że nie istnieje żaden centralny serwer. Nie istnieje żadna firma, ani państwo, która swoim zniknięciem, czy odmową dostarczania usług, doprowadziłaby do zatrzymania działania Sieci.

Znamienny jest przykład, który zaobserwowałem w pewnej kreskówce (wróżkowie chrzestni w polskim tłumaczeniu) gdzie główny bohater, dzięki magii tytułowych postaci, podróżuje po sieci internetowej, aby w pewnym momencie napotkać "centrum internetu". Było ono do pewnego stopnia tak zwanym plot device (było użyteczne dla fabuły, jak artefakt, którego bohater RPG poszukuje w lochach zamku, praktycznie wyłącznie po to, żeby gracz mógł przeżyć przygodę), ale czy twórca scenariusza (wnosząc po humorze kreskówki, inteligenty człowiek) był świadomy, że popełnia błąd rzeczowy? Ile razy spotkałem się z ludźmi przekonanymi co do tego, że organizmy ewoluują na zasadzie żyraf wyciągających szyje z pokolenia na pokolenie. Całe tłumy ludzi nie wiedzących, że mechanizmy odbywają się na zupełnie innym poziomie, czyniąc całą teorie, prostszą i o wiele bardziej elegancką.

No i nie sposób zapomnieć o anegdocie. Czasy pierestrojki, urzędnik z wielkiego rosyjskiego miasta, dzwoni do znajomego urzędnika z Londynu, z pytaniem. Kto dostarcza chleb do miasta Londyn? Kto jest odpowiedzialny za te dostawy? Kto je organizuje? Czy ten urzędnik rosyjski był idiotą? Nie sądzę. On po prostu nie wiedział. Jego umysł nie miał okazji przebrnąć przez koncept zdecentralizowanego rynku. Balansu popytu i podaży. Tego, że zawsze będzie chleb, tak długo jak ludzie będą skłonni za niego zapłacić, bo tak długo jak chleba nie będzie biznes będzie tak niewyobrażalnie rentowny, że przedsiębiorcy będą zabijać się o to żeby zaspokoić potrzeby konsumentów. Wszystko bez potrzeby koordynatora.

Mowa tu o wiedzy, która dla naszych umysłów nie jest hardwarowa, tak jak wbudowane mamy postrzeganie twarzy, całkiem dobre postrzeganie przestrzenne, ale tak długo jak chodzimy po płaskiej ziemi, nie musząc dbać o "górę i dół", interpretowanie zachowań innych, czy modelowanie hierarchii w społecznościach ludzkich. Chodzi o nauczenie się czegoś tak mało oczywistego i nieintuicyjnego, jak to że ciało na które nie działa żadna siła porusza się ruchem jednostajnym, jak to że człowiek może być manipulowany do tego stopnia że traktuje zasugerowane mu decyzje jak swojego własne (a być może są jego własnymi), jak to że płaska powierzchnia której dotykasz nie jest ciągła bo składa się z cząsteczek, jak to że kolory są iluzją, będąc tylko zjawiskiem kreowanym przez mózg w odpowiedzi na różne długości promieniowania elektromagnetycznego.

Do tego dochodzą rozterki "moralne". Mimo oczywistego zła jakie wyrządza państwo na każdym kroku każdej jednostce żyjącej na jego terenie, ludzie przywykli do tych krzywd do tego stopnia, że nawet zaakceptowali je jako coś oczywistego. Tymczasem jako nieakceptowalne traktowane jest to że na terenach powodziowych chleb i inne niezbędne produkty kosztują więcej, a żądane przez opinie publiczną rządowe interwencje w tej sprawie tylko pogarszają sprawę (nie będę rozwijał, wiedzący wiedzą). Skrzywiona od dziecka przez państwową propagandę moralność (a może zwykła ślepota?) podpowiada, że w sytuacji gdy część społeczeństwa klepie biedę, należy zacząć grozić całej społeczności przemocą i więzieniem, aby uzyskać środki na zaspokojenie potrzeb uboższych.

Prawdopodobnie dominuje jednak nieumiejętność zauważenia (nie - przyznania, a właśnie zauważenia) możliwości własnej niewiedzy. Łatwo sobie wyobrazić dżentelmenów, którzy dekady temu doszliby do wniosku, że niemożliwe jest istnienie prywatnych stacji radiowych, ponieważ nadawcy nie będą mogliby pobierać opłat od klientów. Dziś wiemy że ci potencjalni myśliciele się mylili. Dlaczego ludzie, którzy sądzą ze prywatne drogi, organizacje policyjne, czy szpitale (hah) nie będą mogły działać, mieliby mieć racje?



TL;DR - Lewaczki nie wiedzo, że niektóre rzeczy działajo same, bo so głupie.
 

Brehon

Well-Known Member
555
1 378
Jeszcze Nozick- publiczna edukacja tak wychowuje przyszłych intelektualistów, że nie lubią kapitalizmu ("Dlaczego intelektualiści występują przeciw kapitalizmowi?")
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 767
13 933
@lebiediew - tytuły wątków piszemy wielką literą. Nudzi mi się już poprawianie ich.
 
OP
L

lebiediew

Guest
Jeszcze Nozick- publiczna edukacja tak wychowuje przyszłych intelektualistów, że nie lubią kapitalizmu ("Dlaczego intelektualiści występują przeciw kapitalizmowi?")


Zapomniałem o tym tekście - dodałem do mojego wyliczenia. Co myślisz o tym wyjaśnieniu? Rozwiązanie, jak zawsze u Nozicka, błyskotliwe, ale w tekście (przynajmniej tym, który znajduje się w tej zbiorówce Balcerowicza) nie ma żadnych danych statystycznych, które by go pozwoliły wyjaśnić. Hipoteza jest kusząca, ale biorę ją jako jeden z możliwych czynników wpływających na antykapitalistyczną mentalność intelektualistów.

Ja jednak najbardziej stawiałbym na to, że edukacja jest finansowana państwowo, w związku z czym intelektualiści muszą być lojalni względem systemu, który ich żywi. Przy czym działa tutaj nie tylko jakieś bezpośrednie warunkowanie (nie mogę zaatakować instytucji, która mnie żywi), ale i pośredni długotrwały wpływ na paradygmaty nauk humanistycznych. Ten proces "upaństwawiania" paradygmatów ekonomii, historiografii czy socjologii odbywał się w długim trwaniu, ale w końcu na każdym obszarze tych nauk zwyciężały te elementy, które wskazywały na kluczową rolę państwa w rozwoju społeczeństw. Nozick odrzuca tę możliwość, gdyż mówi, że prywatny interes naukowców nie kazałby im żądać socjalizmu, bo mimo że socjalizm byłby dla nich lepszy, to zawsze warto mówić to, co mówią inni, a nie wychylać się z rewolucyjnymi tezami. Ale to słaby argument, bo nie chodzi o głoszenie rewolucyjnych tez, ale o powolne przechylanie się w stronę państwa, eliminowanie idei wolnościowych na rzecz etatyzmu. Ostatecznie ten kto płaci decyduje o treści wiedzy, którą kupuje, a ponieważ wiedza jest opłacana przez państwo, a nie przez obywateli, to jest to wiedza propaństwowa. To działa bardziej na poziomie paradygmatu/dyskursu niż na poziomie pojedynczej jednostki i jej interesu.

Poza tym podoba mi się pogląd Sowella, że poglądy antyrynkowe dają intelektualistom (i całym dyscyplinom) o wiele większe pole do działania. Wolnościowy ekonomista to ktoś, kto ledwie odkrywa prawa rządzące ekonomią, ekonomista socjalistyczny, to ktoś, kto te prawa tworzy. Wolnościowiec przygląda się z boku działającemu sprawnie (nieidealnie, ale efektywnie) systemowi ekonomicznemu i jedyne co może zrobić, to wyjaśnić ogólne zasady jego funkcjonowania. Socjalista widzi, że system gospodarczy bezustannie się zacina i w związku z tym trzeba go albo całkowicie kontrolować, albo wciąż dostrajać i dokonywać ciągłych korekt. To stawia całą dyscyplinę zupełnie w innym świetle. Tak naprawdę celem ekonomii wolnościowej jest wskazanie, że niewiele możemy zrobić, by pomóc gospodarce - jej istotą jest przypominanie, że nie powinniśmy się w nią wtrącać (jest lekarstwem, które ma zneutralizować działanie innych lekarstw i samo zniknąć bez śladu w krwiobiegu). Ekonomia socjalistyczna natomiast rozwija się głównie dlatego, że stwarza olbrzymie możliwości interwencji ze strony samych ekonomistów. A że w systemie intelektualnym zawsze będą wygrywały te nurty, które raczej wzmacniają system, niż go osłabiają - to siłą rzeczy nurty socjalistyczne będą silniejsze. Każdy system chce przede wszystkim potwierdzić sens swojego istnienia i będzie preferował te elementy, które tego sensu mu przydają, od tych, które zalecają ograniczenie się.

Te dwa powody jakoś się wzajemnie łączą - wbudowany w system finansowania zakaz krytykowania państwa połączony z dyscyplinarnymi zyskami płynącymi z forsowania tezy, że państwo powinno być aktywnie wykorzystywane do polepszenia naszej sytuacji sprawiają, że cały dyskurs intelektualny staje się dyskursem propaństwowym. Taka teoria mi bardziej odpowiada, ale - jak wiadomo - kto ma młotek ten wszędzie widzi gwoździe, kto się bawi w analizę dyskursów ten wszędzie widzi dyskursy.

BTW Czy to nie fakt, że ekonomia wolnościowa ma do wykonania niewielką robotę, nie jest odpowiedzialny za to, że większość ekonomistów wolnościowych prędzej czy później skłania się ku naukom politycznym (Mises, Hayek, Rothbard, Friedman, Hoppe, Block), bo zdają sobie sprawę, że walka odbywa się na innym obszarze ?
 

matiej

The Member
71
23
ekonomia wolnościowa ma do wykonania niewielką robotę
Nie zgadzam się. Co to w zasadzie znaczy? Chodzi ci o samo sformułowanie jej pryncypiów i wniosków? Sama ekonomia jak najbardziej ma dużo do zrobienia w sytuacji wolnego rynku, problem jest taki, że taki rynek nie istnieje, więc przedmiotu badań po prostu nie ma. To czym zajmują się wolnościowi ekonomiści, to nie jest "ekonomia wolnościowa", tylko ekonomia ogólna, połączona z filozofią,"ekonomofia"(?). Wnioski z rozważań o ogólnej naturze rynku, oraz przekonanie o prymacie wolności nad innymi wartościami, prowadzi ich do pewnych wniosków. Jednak prawdziwa ekonomia wolnościowa, czyli badania nad wolnym rynkiem, powstaną dopiero po powstaniu samego wolnego rynku. Żeby go badać, trzeba go stworzyć i tu jest właśnie pole manewru do nauk politycznych i podobnych.
Tak mi się wydaję, ale nie jestem dostatecznie obeznany z poglądami samych ekonomistów wolnościowych na ten temat.

Jeśli chodzi o Sowella:
Wolnościowy ekonomista to ktoś, kto ledwie odkrywa prawa rządzące ekonomią, ekonomista socjalistyczny, to ktoś, kto te prawatworzy. Wolnościowiec przygląda się z boku działającemu sprawnie (nieidealnie, ale efektywnie) systemowi ekonomicznemu i jedyne co może zrobić, to wyjaśnić ogólne zasady jego funkcjonowania. Socjalista widzi, że system gospodarczy bezustannie się zacina i w związku z tym trzeba go albo całkowicie kontrolować, albo wciąż dostrajać i dokonywać ciągłych korekt. To stawia całą dyscyplinę zupełnie w innym świetle.
Pomysł ten wydaję mi się wzięty z sufitu, ekonomiści są w zmowie, ponieważ chcą być inżynierami, a nie naukowcami? Przecież na wolnym rynku, jest gigantyczne pole do manewru dla inżynierii finansowej, brak kontroli państwa umożliwia wielość możliwych do przeprowadzenia spekulacji i instrumentów finansowych do stworzenia. Nie mamy pojęcia na czym będzie się zarabiało na wolnym rynku, ale brak podstaw żeby przypuszczać, że ekonomiści nie będą mieli mnóstwa prestiżowej, lub dochodowej roboty.
Ekonomista socjalistyczny wcale nie tworzy praw(w znaczeniu prawideł, reguł które rządzą rynkiem) bardziej niż wolnościowiec, on po prostu ma możliwość wykonywania globalnych eksperymentów ekonomicznych. Nic jednak nie wskazuje na to, że jest to cel. Jest to środek do osiągnięcia celów politycznych.

Nie do końca rozumiem samo pytanie tytułowe, "Dlaczego intelektualiści są niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi?". To raczej po prostu ludzie w ogólności są niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi. Nie jest czasem tak, że intelektualiści stanowią wśród wolnorynkowców większy odsetek niż wśród socjalistów? Znaczna większość socjalistów, to ludzie niedokształceni, nie znający nawet dobrze doktryny socjalistycznej, ale powtarzający hasełka o złym kapitaliście/wyzyskiwaczu. Wśród wolnorynkowców, znaczna większość to ludzie potrafiący chociaż wymienić kilku wolnorynkowych myślicieli i wolnorynkowe założenia. Duża część to ludzie rozeznani w różnych dyskursach ekonomicznych i politycznych, oczytani i inteligentni, tzw. intelektualiści. Chyba że mi się zdaję i tkwię w jakimś zupełnym złudzeniu.(wiem że nie można tkwić w złudzenia, wybaczcie, ale żaden ze mnie intelektualista, pisać nie umiem. :()

[Advocatus Diaboli Mode On] Rozważmy jeszcze opcję której nie uwzględniłeś w swoim rozumowaniu. Wolny rynek jest ideą utopijną i wewnętrznie sprzeczną, każdy inteligentny człowiek rozważając ją, posługując się znajomością różnych dyskursów ekonomicznych i filozoficznych, szybko dostrzega nierealność, naiwność i nawet pewną śmieszność pomysłu, że wszystko ureguluje się samo. Przykłady praktyczne, jak na przykład Somalia, gdzie rozboje, morderstwa i łamanie wszystkich wolnościowych idei to normalka, pokazują że wprowadzenie rozwiązań tzw. prowolnościowych, powoduje jedynie ograniczenie wolności i własności.[Advocatus Diaboli Mode Off]

Można to ciągnąć długo, przykłady złych kapitalistów wyzyskiwaczy z Ameryki XIXw. i z dzisiejszych czasów, argumenty Marksa, czy Keynesa. Jest dużo idei i "izmów", które kłócą się z kapitalizmem. Trzeba je poznawać, żeby mieć argumenty do ich obalania, nie powierzchowne, dziecinne, tylko poważną, rzeczową analizę i przede wytykanie błędów logicznych, jeśli takowe daje się znaleźć w argumentacji oponenta. Trzeba wprowadzić modę na intelektualizm wolnościowy, pisać publikować, rozmawiać. Wszystko kulturalnie, ale zdecydowanie i bez ustępstw ideowych. Niech się etatyści zastanawiają "dlaczego tylu intelektualistów to wolnościowcy"!
 
OP
L

lebiediew

Guest
Nie zgadzam się. Co to w zasadzie znaczy? Chodzi ci o samo sformułowanie jej pryncypiów i wniosków? Sama ekonomia jak najbardziej ma dużo do zrobienia w sytuacji wolnego rynku, problem jest taki, że taki rynek nie istnieje, więc przedmiotu badań po prostu nie ma. To czym zajmują się wolnościowi ekonomiści, to nie jest "ekonomia wolnościowa", tylko ekonomia ogólna, połączona z filozofią,"ekonomofia"(?). Wnioski z rozważań o ogólnej naturze rynku, oraz przekonanie o prymacie wolności nad innymi wartościami, prowadzi ich do pewnych wniosków. Jednak prawdziwa ekonomia wolnościowa, czyli badania nad wolnym rynkiem, powstaną dopiero po powstaniu samego wolnego rynku. Żeby go badać, trzeba go stworzyć i tu jest właśnie pole manewru do nauk politycznych i podobnych.

No nie. Możemy oczywiście powiedzieć, że WR w odniesieniu do całości wymiany gospodarczej nie istnieje, ale istnieją olbrzymie jego obszary, które są regulowane w minimalny sposób i reguły rynkowe tam działają. Kiedyś była o tym dyskusja na shoucie - nawet w więzieniu handlujący różnymi rzeczami za pomocą waluty-papierosów działają w sytuacji wolnego rynku. Wszędzie będą obowiązywały te sam mechanizmy, różnice dotyczyć będą wyłącznie subiektywnych ocen różnych ludzi, a nie tego jak te oceny wpływają na ceny i całą strukturę produkcji. Może będzie mniej wielkich firm, może więcej, może będzie więcej freenlace'u, może mniej, może będzie większa rotacja w zawodach, może mniejsza, ale ogólne zasady sterujące rynkami będą te same. Niby to jakie nowe możliwości badawcze odsłoniłyby się przed nami, gdyby zlikwidować podatki, politykę monetarną państwa i regulacje?

Pomysł ten wydaję mi się wzięty z sufitu, ekonomiści są w zmowie, ponieważ chcą być inżynierami, a nie naukowcami? Przecież na wolnym rynku, jest gigantyczne pole do manewru dla inżynierii finansowej, brak kontroli państwa umożliwia wielość możliwych do przeprowadzenia spekulacji i instrumentów finansowych do stworzenia

Nie za bardzo rozumiem, o jakim "gigantycznym polu do manewrów" mówisz. Ekonomia zajmuje się pewnymi ogólnymi prawami rządzącymi wymianą, a nie szczegółowymi rozwiązania - jak korzystnie wymienić coś na jakimś rynku. To jest domena przedsiębiorców. Wolnościowi ekonomiści wyraźnie oddzielają zadania ekonomisty jako kogoś, kto ma formułować ogólne zależności, od przedsiębiorcy, który ryzykując swoimi pieniędzmi, próbuje w danym układzie się wzbogacić. Te dwa obszary są zasadniczo odmienne, ponieważ istotą przedsiębiorczości jest reakcja na szczegółowe ukształtowania danego rynku, umiejętność kalkulacji ryzyka i zysku, przewidywania itp., gdy ekonomiści się tym zasadniczo nie zajmują.
Nie mamy pojęcia na czym będzie się zarabiało na wolnym rynku, ale brak podstaw żeby przypuszczać, że ekonomiści nie będą mieli mnóstwa prestiżowej, lub dochodowej roboty.

Mamy pojęcie, bo WR istnieje. Na mące, drewnie, stali, alkoholu, mikroporcesorach, tworzywach sztucznych, telekomunikacji, IT, rozrywce, ropie itp. Co jakiś czas ludzie na forum wysnuwają tezę, że życie na uwolnionym rynku byłoby jakoś zasadniczo odmienne od naszego - teza ta nie ma żadnego uzasadnienia. Uwolniony rynek byłby bardzo podobny do aktualnego stanu, tylko dużo bardziej efektywny.

Ekonomista socjalistyczny wcale nie tworzy praw(w znaczeniu prawideł, reguł które rządzą rynkiem) bardziej niż wolnościowiec, on po prostu ma możliwość wykonywania globalnych eksperymentów ekonomicznych.

Zakaz interpersonalnego porównywania użyteczności w zasadzie uniemożliwia prowadzenie "polityki ekonomicznej", bo nie wiadomo, jak można by oceniać jej efekty. Socjalistyczni ekonomiści się tym nie przejmują i stosują wiele różnych metod oceniania jak ma się gospodarka jako całość (co dla nas jest absurdalne, bo nie można po prostu dodać naszych pieniędzy, przychodów, wartości naszych działek itp.). Paradygmat wolnościowy uniemożliwia więc współpracę z państwem, natomiast paradygmat socjalistyczny ją umożliwia. I teraz zastanów się - masz dwie ścieżki, w które może skręcić nauka - jedna ścieżka prowadzi do ograniczenia kształtu tej nauki i jej wpływu na rzeczywistość, druga do olbrzymiego rozwoju dyscypliny i zwiększenia wpływu na rzeczywistość. Którą ścieżkę wybierze społeczność naukowców? Prędzej czy później tę drugą, bo - jak pisałem - celem każdego systemu jest rozwój.

Nie do końca rozumiem samo pytanie tytułowe, "Dlaczego intelektualiści są niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi?". To raczej po prostu ludzie w ogólności są niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi. Nie jest czasem tak, że intelektualiści stanowią wśród wolnorynkowców większy odsetek niż wśród socjalistów? Znaczna większość socjalistów, to ludzie niedokształceni, nie znający nawet dobrze doktryny socjalistycznej, ale powtarzający hasełka o złym kapitaliście/wyzyskiwaczu. Wśród wolnorynkowców, znaczna większość to ludzie potrafiący chociaż wymienić kilku wolnorynkowych myślicieli i wolnorynkowe założenia. Duża część to ludzie rozeznani w różnych dyskursach ekonomicznych i politycznych, oczytani i inteligentni, tzw. intelektualiści. Chyba że mi się zdaję i tkwię w jakimś zupełnym złudzeniu.(wiem że nie można tkwić w złudzenia, wybaczcie, ale żaden ze mnie intelektualista, pisać nie umiem. :()

Nozick twierdzi, że badania statystyczne pokazują, że intelektualiści nie lubią kapitalizmu bardziej niż zwykli ludzie. Ale nawet gdyby tak nie było, gdyby nie lubili go tak samo, to nadal domagałoby się to wyjaśnienia, bo intelektualiści są tymi, którzy powinni szukać rozwiązań problemów, które wykraczają poza powierzchowne wzory, które narzucają się zwykłym ludziom. To, że zwykli ludzie wierzą w horoskopy jest zrozumiałe, ale gdyby okazało się, że pracownicy wydziałów astronomii uznają astrologię za naukę, to uznalibyśmy to za coś dziwnego. Jeśli uznajemy, że kapitalizm>socjalizmu, to fakt, że ludzie, którzy poświęcili swoje życie badaniu życia społecznego są ślepi na ten oczywisty fakt jest dziwny i domaga się zbadania. A więc zwykli ludzie też nie lubią kapitalizmu (i można znaleźć na to wiele wytłumaczeń, np. socjobiologiczne), ale intelektualiści powinni wznieść się ponad swoje biologiczne uwarunkowania i stanąć po stronie prawdy i rozumu (jakkolwiek je rozumiemy).

[Advocatus Diaboli Mode On] Rozważmy jeszcze opcję której nie uwzględniłeś w swoim rozumowaniu. Wolny rynek jest ideą utopijną i wewnętrznie sprzeczną, każdy inteligentny człowiek rozważając ją, posługując się znajomością różnych dyskursów ekonomicznych i filozoficznych, szybko dostrzega nierealność, naiwność i nawet pewną śmieszność pomysłu, że wszystko ureguluje się samo. Przykłady praktyczne, jak na przykład Somalia, gdzie rozboje, morderstwa i łamanie wszystkich wolnościowych idei to normalka, pokazują że wprowadzenie rozwiązań tzw. prowolnościowych, powoduje jedynie ograniczenie wolności i własności.[Advocatus Diaboli Mode Off]


Oczywiście, że nie uwzględniłem opcji, że kradzież, morderstwa i niewolnictwo mogą być czymś dobrym. Czemu miałbym uwzględniać?
Somalia może być najwyżej dowodem na to, że w społeczeństwie nie posiadającym tradycji wolnościowej, po upadku władzy centralnej nie powstanie zajebisty wolnościowy akap. Ale to jest dowód, który niczego nie wyjaśnia, ponieważ nikt nigdy nie forsował tezy, że gdyby nie było państw, magicznie powstałby zajebisty wolnościowy akap. Bo gdyby tak było to siłą rzeczy musiałby on być wszędzie - bo przecież kiedyś nie było państw, a jakoś akap się nie rozpowszechnił.
 

Polacco

Active Member
132
76
Przykładowo:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Rezolu...ich_w_Krakowie_w_sprawie_procesu_krakowskiego
(brakuje mi tam jeszcze towarzysza Czesława Miłosza i już byśmy mieli solidną reprezentacje autorytetów moralnych III RP)
Pokaż mi ilu "literatów" z tej listy nie brało kasy od państwa?
Ktoś może powiedzieć, że wierzyli w komunizm z naiwności, ale nie zmienia to faktu, że gdyby próbowali wyżyć ze sprzedaży ludziom swoich "dzieł" na wolnym rynku to pewnie zdechliby z głodu.
 

Gie

Libnetarianin
219
432
Przetłumaczyłem to kiedyś, ale jakoś nie chciało mi się publikować.

Huerta bazując na artykule Bertranda de Jouvenela omawia trzy przyczyny niechęci intelektualistów do wolnego rynku:
- ekonomiczny analfabetyzm,
- pychę ("Jestem mądry, więc wiem lepiej jak macie żyć niż wy sami"),
- zawiść.

PS Ewentualne uwagi do tłumaczenia mile widziane.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 888
22 106
Wielu myślicieli wolnościowych próbowało odpowiedzieć na pytanie, dlaczego intelektualiści (ci, którzy produkują i rozprowadzają idee, ideologie czy dyskursy) są tak niechętni wolnemu rynkowi i kapitalizmowi.
Na to pytanie dosyć wyczerpująco odpowiada tekst Józefa Chałasińskiego, wrzucony ostatnio przez Tomasza Gabisia:
JÓZEF CHAŁASIŃSKI SPOŁECZNA GENEALOGIA INTELIGENCJI POLSKIEJ
Rozdział pierwszy
Zagadnienie inteligencji polskiej w publicystyce i nauce
Socjologiczny punkt widzenia i socjologiczna metoda
[…]
Nie sądzę, aby odrębność inteligencji w Polsce jako swoistej warstwy społeczno-kulturalnej można było podać w wątpliwość. Spór dotyczy tylko tego, na czym ta odrębność polega i w jaki sposób można to zagadnienie poddać naukowej analizie. Sprawa metody jest tu pierwszorzędnego znaczenia. Oczywiście samo postawienie problemu inteligencji jako warstwy społecznej przesądza w pewnej mierze o charakterze metody. Musi to być metoda socjologiczna.
Z punktu widzenia socjologicznego inteligent jako typ społeczny wiąże się nieodłącznie z pewnego rodzaju środowiskiem społecznym, z pewną formą życia zbiorowego, w ramach określonego ustroju społeczno-kulturalnego, ukształtowanego historycznie. Tak jak nie ma chłopa bez wsi – sąsiedztwa, jak nie ma szlachcica – ziemianina bez folwarku – dworu, tak samo nie może być inteligenta i inteligencji jako warstwy społecznej bez pewnego rodzaju inteligenckiego skupienia. Z punktu widzenia socjologicznego o istnieniu inteligencji jako warstwy społecznej decyduje nie odrębność psychiki inteligenta – lecz swoisty rodzaj skupienia, forma życia zbiorowego inteligentów, która by w inteligenckiej kulturze i inteligenckiej warstwie pełniła podobną rolę, co folwark– dwór wśród szlachty, a wieś– sąsiedztwo wśród chłopów.
„Psychika” inteligenta jest tu zjawiskiem wtórnym, nie pierwotnym. Punkt ciężkości zagadnienia nie leży w płaszczyźnie zjawisk psychiki indywidualnej. Społeczny typ inteligenta to nie konkretna indywidualność, lecz społeczno-obyczajowy wzór członka inteligenckiej grupy. Z tego punktu widzenia nie ma inteligenta bez inteligenckiej grupy społecznej, bez inteligenckiej formy skupienia. Mechanizm życia grupowego nagina indywidualności ludzkie uczestników inteligenckiej grupy do wspólnego obowiązującego wzoru inteligenta. Czy inteligencja polska ma taką formę skupienia o charakterze społecznej, zwyczajowej instytucji? Co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości.
W jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Warszawskiego” pomieszczona została ciekawa korespondencja pomiędzy Reymontem i Dmowskim. W liście do Reymonta z roku mniej więcej 1896 Dmowski pisał: „W Polsce, uważasz, nie ma ludzi wolnych, Oddychających szerszą piersią, wyemancypowanych z tego smrodku, który przepaja naszą atmosferę moralną. Weź naszych największych – takich Sienkiewiczów lub Prusów, czy Świętochowskich. Przecie każdy z nich tkwi w gronie jakichś błaznów, którzy mu imponują i wpływ na niego mają, każdy naprawdę siedzi w koterii. To zamknięcie się najlepszych ludzi w koteriach jest najlepszym środkiem szpontującym naszą atmosferę nie dopuszczającą żadnego świeższego dopływu, szerszej miary“. (W. Kotowski, „Reymont i Dmowski”, „Tygodnik Warszawski” z 20 stycznia 1946 r.)
Dmowski dotknął tu istotnego rysu społeczno-kulturalnej struktury inteligencji. Ten rys nam tłumaczy, dlaczego nie można odłączać inteligentów jako producentów umysłowej kultury (Kętrzyński) od inteligentów jako bezpłodnych konsumentów umysłowej kultury (Łempicki). Nie można tego robić dlatego, że w Polsce każdy producent kultury miał swoją klientelę wybranych konsumentów, z którymi tworzył wspólne środowisko społeczno-towarzyskie o wyraźnej tendencji odgraniczenia się od gminu. Wśród tej klienteli, sprawującej równocześnie duchowy patronat nad twórcą, ustosunkowane i wpływowe „błazny” z arystokracji i dobrego towarzystwa odgrywały zazwyczaj rolę organizatorów i towarzyskich prawodawców zbiorowego życia inteligencji. „Każdy polski demokrata – pisał Nowaczyński – ma swojego hrabiego, którego wielbi i admiruje“ (A. Nowaczyński, Skotopaski sowizdrzalskie, 1904, str. 77).
Dobre towarzystwo oto podstawowa instytucja inteligencji polskiej. Do każdej sfery społecznego i kulturalnego życia inteligencja wnosiła tę domowo-towarzyską zasadę dobrego towarzystwa. Ona obowiązywała w urzędach i ośrodkach twórczości kulturalnej, w uniwersytetach; własne życie inteligencji kształtowało się na tej podstawie w swoiste getta społeczno-towarzyskie. Nie można zrozumieć psychiki inteligenta, nie odnosząc jej do tego kręgu dobrego towarzystwa. Bez instytucji dobrego towarzystwa, bez getta społeczno-towarzyskiego nie można zrozumieć odrębności inteligencji w Polsce jako swoistej warstwy społecznej.
Getto społeczno-towarzyskie! Chciałbym uniknąć nieporozumienia. Getto w socjologicznym języku (nie w znaczeniu historycznym) to forma skupienia społecznego o charakterze wyspy ludnościowej izolowanej w obrębie większej zbiorowości – ukształtowanie się takiej formy zostało zdeterminowane przez samoobronne tendencje grupy zagrożonej unicestwieniem, scalającej się na zasadach tradycjonalizmu. Getta tworzyli nie tylko Żydzi, nawet wtedy, kiedy przepisy nie zmuszały ich do tego. W Stanach Zjednoczonych, w kraju wolności, getta utrzymujące się do dzisiaj tworzyli Polacy, Litwini, Żydzi, Niemcy i inne narodowości. Tworzenie się getta wiąże się, rzecz jasna, z procesami migracji, z emigracją i imigracją. Ale emigracja tworząca getto nie musi być emigracją zagraniczną. „Emigracja wewnętrzna” może także prowadzić do tworzenia się getta i taką była właśnie emigracja żywiołu szlacheckiego ze wsi do miast.
Stąd wszakże nie wynika, że wszyscy ludzie umysłowej kultury w Polsce bez reszty i całkowicie należeli do inteligenckiego getta, że dają się pomieścić w tak pojętej warstwie inteligencji. Socjologiczna analiza ześrodkowuje się na tym, co jest wspólne, wiążące i obowiązujące w ramach pewnej zbiorowości; bada instytucje nie indywidualności, ludźmi zajmuje się o tyle, o ile występują w określonych rolach społecznych, w ramach społecznych instytucji. Inteligent jest taką rolą społeczną, ukształtowaną w procesie społeczno- historycznym. Ale społeczna rola inteligenta nie wyczerpuje bynajmniej problemu kulturowej twórczości. Przynależność warstwowa inteligenta niekoniecznie wyczerpuje treść jego osobowości.
[….]
Rozdział drugi
Inteligenckie getto
Polityczne funkcje inteligencji
Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę z ogólnego, socjologicznego charakteru tego społeczno-dziejowego procesu, który ogarniając Polskę w okresie porozbiorowym, obok innych produktów, wytworzył inteligencję polską jako swoistą formację społeczną. W publicystyce zagadnienie inteligencji polskiej wiązało się zazwyczaj z tzw. sprawą polską. Z tego punktu widzenia przez inteligencję polską rozumiało się tę część elity Polski, która w okresie porozbiorowym myślała bezinteresownie o całości sprawy polskiej, sprawę tę czyniła żywotną i reprezentowała ją wobec całego kulturalnego świata. „Inteligencja, jak pisał jeden z czołowych publicystów, była strażą, która ducha narodowego nieciła z iskier w popiele i doniosła w rękach jego ogień do Polski państwowo odrodzonej” (Zygmunt Wasilewski, „Na widowni”, „Myśl Narodowa” z 15 kwietnia 1934 r., str.233). Ogromna rola inteligencji we wszystkich polskich ruchach wyzwoleńczych i rewolucyjnych rzuca wiele światła na tę stronę zagadnienia.
Ten punkt widzenia, który słusznie zwraca uwagę na tę ważną stronę zagadnienia inteligencji w Polsce, przesuwa całe zagadnienie niesłusznie w płaszczyznę ruchów i procesów politycznej natury. Rzeczywiście dla zrozumienia genealogii inteligencji polskiej ważnym momentem jest fakt, że w okresie porozbiorowym inteligencja była jedyną spadkobierczynią szlacheckiej idei państwowej i stanowiła „moralny” rząd narodu polskiego.
Ta polityczna funkcja inteligencji polskiej w okresie porozbiorowym nie wyjaśnia nam jednak społecznej struktury inteligencji — jej społecznej genealogii, jej związków w obrębie całego społeczeństwa polskiego, jej stosunku do szlachty i arystokracji, chłopów i robotników, wsi i miast i innych elementów społecznej rzeczywistości Polski porozbiorowej.
Nie kwestionując politycznej roli inteligencji polskiej, nie można przeoczyć faktu, że w społecznej i kulturalnej strukturze Polski porozbiorowej inteligencja wyodrębniała się jako swoista warstwa społeczna. Pod wielu względami – przede wszystkim w zakresie tradycji obyczajowych i społecznych – warstwa ta była kontynuatorką stanu szlacheckiego, lecz równocześnie pod wielu innymi względami stanowisko inteligencji w społeczeństwie było zasadniczo różne niż stanowisko szlachty w dawnym społeczeństwie. Inteligencja nie zajmowała stanowiska politycznego dawnej szlachty – i pozbawiona była pańszczyźnianego folwarku jako ekonomicznej podstawy pańskiej egzystencji. Szlacheckie ambicje i szlachecki obyczaj bez pańszczyźnianego folwarku – wielkopańskość bez pokrycia.
Inteligencja a folwark pańszczyźniany i rozwój kapitalizmu
Prof. Wł. Grabski słusznie zwracał uwagę na to, że wiele cech inteligencji polskiej wywodzi się z pańszczyźnianego folwarku – dworu. (Władysław Grabski, „Wpływ ustroju agrarnego folwarcznego na życie społeczne wsi”, „Roczniki Socjologii Wsi” t. III/1938 r. ) W przedkapitalistycznej strukturze pańszczyźnianego folwarku – dworu miejsce organizowania produkcyjnej pracy zajmowało napędzanie do pracy – eksploatacja pogardzanej pracy chłopskiej, miejsce samodzielnego zawodu – łaska pańska, dająca prawo do miejsca przy stole biesiadnym i do całowania pańskiej ręki.
Do inteligencji napływał element z ziemiańskiego dworu, z pańszczyźnianego folwarku. Kształtowanie się inteligencji polskiej wiąże się nierozłącznie z jednej strony z historią upadku folwarku i dworu, a z drugiej strony z historią rozwoju miast i przemysłu, urbanizacji i industrializacji. Inteligencja polska to produkt – niestety, jak dalej zobaczymy – produkt uboczny przekształcania się przedkapitalistycznej Polski szlachecko-ziemiańskiej, rolniczo-wiejskiej Polski pańszczyźnianego folwarku–dworu, w Polskę kapitalistyczną, miejską i przemysłową. I stąd podstawowa teza, że na kształtowanie się inteligencji polskiej, na jej genealogię społeczną spojrzeć należy z perspektywy dziejów kapitalizmu w Polsce.
Na związek kształtowania się inteligencji z rozwojem kapitalizmu zwracano już uwagę w dyskusji, jaka się toczyła przed wojną na temat inteligencji. Między innymi zwracał na to uwagę prof. Zygmunt Łempicki w studium pt.: „Problemat inteligencji” (Z. Łempicki, „Problemat inteligencji”, „Marchołt”, R. 1/1933 str. 208). Łempicki stawiał to zagadnienie w ogólnej płaszczyźnie społeczno-kulturalnych przeobrażeń liberalno-kapitalistycznej Europy XIX w. (Z. Łempicki, „Oblicze duchowe wieku XIX”, „Kultura i Wychowanie”, R. 1/1933, str. 67). Tymczasem inteligencja polska nosi piętno stosunków polskich i wiąże się z rozwojem kapitalizmu w Polsce.
Dzieje kapitalizmu nie wszędzie kształtowały się jednakowo; społeczne skutki kapitalizmu w Stanach Zjednoczonych A. P. i społeczne skutki kapitalizmu w Polsce były z gruntu odmienne. Polska w związku ze swoimi politycznymi losami nie była w pełni ogarnięta przez rozwój kapitalizmu. I właśnie inteligencja polska w swej strukturze wiąże się z cywilizacyjnym niedorozwojem Polski pod względem techniczno-gospodarczym – z faktem, że, jak ktoś się wyraził, Polska nie miała XIX wieku.
W stosunku do szlachecko-stanowych tradycji społecznych kapitalizm był potężną miotłą, która oczyszczała teren dla mieszczaństwa. U nas takiej miotły nie było. Dla ewolucji szlachty polskiej pod wpływem kapitalizmu trzeba szukać ilustracji nie wśród Steinkellerów i Kronenbergów, lecz wśród Wokulskich. Wokulski, bohater Lalki Prusa, zbiedniały szlachetka i wzbogacony przemysłowiec, zginął marnie przez swoją romantyczną miłość do hrabianki Łęckiej. I w tym opętaniu przez urok hrabianki Wokulski wyrasta do symbolu roli szlachty w rozwoju kapitalizmu w Polsce.
Wiele rysów inteligencji polskiej to szczątkowe organy dawnej Polski szlacheckiej, to zdegenerowane „szczątki szlacheckiej tradycji, których kapitalizm w Polsce nie wymiótł tak, jak gdzie indziej, gdyż był za słaby i nie ogarnął szlacheckiej masy, z której formowała się polska inteligencja. Nie jest rzeczą przypadku, że dzielnice zachodnie – Poznańskie i Pomorze – pod względem techniczno-gospodarczym najbardziej cywilizowane i miejskie, nie miały inteligencji w rozumieniu „warszawskim” lub „krakowskim”. Polityczne momenty nie wyjaśniają tu wszystkiego same przez się. Galicja, kraj najbardziej zacofany gospodarczo, miała inteligencję obciążoną najbardziej tradycjami szlachetczyzny, mimo że gimnazja galicyjskie masowo kształciły chłopów, a swobody polityczne w tym okresie były tu największe.
Inteligencja polska jako uboczny produkt kapitalizmu – Rola szlachty – inteligencji w rozwoju kapitalizmu polskiego
Postawiłem tezę, że inteligencja polska kształtowała się w ścisłym związku z rozwojem kapitalizmu w Polsce. Obecnie musimy bliżej rozpatrzyć, na czym ten związek polegał. Czy szlachta była pionierskim elementem w rozwoju polskiego kapitalizmu? Czy inteligencja polska kształtowała się ze szlachty w procesie cywilizacyjnej ekspansji kraju, tak charakterystycznej dla okresu rozkwitu liberalnego kapitalizmu? Nie! Kapitalizm w Polsce rozwijał się dzięki cudzoziemcom, przy bardzo słabym udziale polskiej szlachty. Inteligencja polska kształtowała sie jako uboczny produkt, a nie jako pionierski element kapitalistycznego rozwoju. „Nowe formy wytwórczości krajowej zaczęły tworzyć żywioły obce, wolne od tradycyjnej bierności polskiej… a zdeklasowana inteligencja szlachecka korzystała tylko z tego, że tamci dla niej tworzą gotowe posady“ (Roman Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, str. 88).
Szlachecko-dworskie tradycje dobrego wychowania szły w parze z admiracją dla ustalonej hierarchii stanowisk społecznych, szły w parze z inklinacją do zajmowania gotowego miejsca w tej hierarchii, a nie sprzyjały pionierskim ambicjom samodzielnego torowania sobie drogi w społeczeństwie (F. Znaniecki, Ludzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości, 1935, str. 166 i nast.).
Czym było wykształcenie dla inteligencji w latach międzywojennych? Wykształcenie, stan intelektualnego posiadania, traktowane były wśród inteligencji jako tytuł do tego, aby społeczeństwo samo dało inteligentowi ekonomiczne podstawy odpowiedniej pozycji społeczno-towarzyskiej. Pod tym względem stosunek inteligenta do kraju był bardzo zbliżony do stosunku, jaki rezydenci dworscy zajmowali wobec dworu. Inteligencja traktowała siebie jako konieczny element społeczeństwa, mający prawo do ekonomicznego utrzymania przez państwo – nie poczuwając się do odpowiedzialności za gospodarcze życie kraju i do żadnej solidarności społecznej z produkcyjnymi klasami społeczeństwa – chłopami i robotnikami. Z tego stanowiska kraj, państwo, podobnie jak dawniej dwór dla szlachty, to była „jadłodajnia dla inteligencji”, jak się wyraził jeden z publicystów.
Inteligent polski stawał się rezydentem obcego kapitalizmu w Polsce, tak jak przedtem był rezydentem folwarku – dworu pańszczyźnianego. Kto inny za niego utylitarnie pracował i kto inny za niego utylitarnie myślał; on sam czuł się powołany tylko do duchowej, nie materialnej aktywności, tylko do pańskiej, nie do chłopskiej pracy.
Adolf Dygasiński pisze we wspomnieniach z lat szkolnych: „Zawód urzędniczy pachniał nawet osiadłemu na roli szlachcicowi, który uczuwał pod sobą grunt niepewny. Toteż trudno było docisnąć się do owych biur zapchanych przez tłumy aplikantów bezpłatnych i płatnych, dietariuszów, kancelistów. Kobiety jednakże zwykle, jeśli nie zawsze, ułatwiały przystęp, choć nieraz wydawał się niemożliwym. Droga zaś do kobiet, to jest do ich względów, stała zawsze otworem. I podobnie jak i dzisiaj przy nieco większych wymaganiach, dla każdego, kto im się podobał: miał „powierzchowność” przyjemną, dobrze tańczył i był miły „w obejściu” (Adolf Dygasiński, W Kielcach, opowiadania i uwagi o czasach szkolnych, str. 81).
„Szlachty na Mazowszu było dużo… młodzież wymagania miała znaczne i wolała raczej biedę w miastach, niż poszukiwanie zajęć nie uchodzących za inteligentne“ ( Z. Wasilewski, „Na widowni”, „Myśl Narodowa” z 15 kwietnia 1934, str. 233). Taki był trzon, masa inteligencji szlacheckiego pochodzenia, ludzi dobrej „powierzchowności”, miłych „w obejściu”, ludzi dawnego typu dworzanina, rezydenta, których staropolska literatura szlachecka określa (Górnicki w „Dworzaninie”) „człek biesiadny”, „czysty, gładki pachołek”, czyli człowiek obdarzony towarzyskimi zaletami i zaprawiony do udziału w „grach rozmownych”.
Typ rezydenta – dworzanina, dominujący, typ dawnej rzeczywistości szlacheckiej – bo i sam właściciel dworu do tego typu należał – wraz ze szlachtą rozszerzył się na inteligenckie skupienia w miastach. Bez samodzielnego zawodu, wisząc u klamki pańskiej, szlachecki rezydent biernie przystosowywał się do konsumcyjnej egzystencji w ramach kapitalizmu. Czuł się człowiekiem honoru i, zgodnie ze szlachecką tradycją, honor kazał mu stawać w potrzebie, gdy kraj o to wołał. Powstania i sprawa niepodległości to były dla niego sprawy jego honoru. Ale rezydent nie myślał nigdy ekonomicznymi kategoriami. Rezydent nie brał nigdy udziału w tworzeniu gospodarczej rzeczywistości kraju i nie czuł się za nią odpowiedzialny – sprawy gospodarcze to nie były sprawy jego honoru. Rezydenta cechowała niechęć do produktywno-utylitarnych zajęć – i ten rys zachowała inteligencja polska po szlachcie.
Abstynencja od życia gospodarczego, we wszelkich jego przejawach, tak intelektualnych jak i praktyczno-zawodowych, brak poczucia rzeczywistości gospodarczej – to charakterystyczny rys inteligencji polskiej. I stąd takie paradoksy naszego niedawnego życia politycznego, ideologia mocarstwowości Polski – styl wielkopański – przy zupełnym opanowaniu podstawowych dziedzin przemysłu przez kapitał zagraniczny.
Czołową postać społeczno-narodowego życia kulturalnej Polski drugiej połowy XIX w. stanowił powieściopisarz – literat, a nie inżynier – przedsiębiorca. Inżynier polski, owszem – ale na Syberii. Inteligencja polska kształtowała się ze szlachty nie w drodze ekonomiczno- cywilizacyjnej ekspansji, lecz w procesie degradacji ekonomicznej i społecznej żywiołu szlacheckiego.
Inteligencja a proces społecznej degradacji szlachty
Przyjrzyjmy się bliżej procesowi kształtowania inteligencji. Upadek polityczny państwa z jednej strony, a podmuch kapitalizmu z drugiej – podważyły podstawowe warunki egzystencji szlachecko-ziemiańskiego dworu. Rozpoczął się szlachecki exodus do miast. Trzon inteligencji miejskiej, który zadecydował o jej społecznym i duchowym obliczu, nie powstał w drodze społecznego awansu emancypujących się mas ludowych, lecz z emigrantów dworu ziemiańskiego i pańszczyźnianego folwarku.
Degradacja społeczno-polityczna, jakiej rzesze ziemiańskie podlegały na skutek politycznej katastrofy upadku państwa i kolejnych powstań, pociągających za sobą konfiskaty majątków szlacheckich; degradacja wskutek uwłaszczenia chłopów, odbierająca ziemiaństwu władzę i znaczenie w społeczeństwie; degradacja, wskutek pauperyzacji wywołanej przez przejście gospodarki folwarcznej pańszczyźnianej na kapitalistyczną – to ogromny kompleks faktów społecznych, które należy wziąć pod uwagę, rozpatrując strukturę polskiej inteligencji.
Inteligencja polska kształtowała się z polskiej szlachty w procesie jej degradacji ekonomicznej, społecznej i politycznej. Emigracja żywiołu ziemiańsko-szlacheckiego do miast nie była emigracją typu zdobywczego; to nie była zdobywcza ekspansja, lecz ucieczka przed bankructwem społecznym i kulturalnym. Do miasta uciekano w samozachowawczym dążeniu do ratowania zagrożonej społeczno- duchowej pozycji. Do miasta uciekano w poszukiwaniu spokoju, w poczuciu bezsilności wobec nowych procesów społecznych, jakie wieś nurtowały po uwłaszczeniu, w poczuciu niezdolności do wzięcia udziału w tych procesach, w braku poczucia odpowiedzialności za nie. Dla wielu, jak dla Hipolita Niechcica z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej, ucieczka do miasta to było odejście na emeryturę.
Hipolit Niechcic „pragnął głównie spokoju. Spokoju – nie w znaczeniu opanowania tych rozmaitych spraw, co szarpią życiem, ale spokoju w znaczeniu odejścia na ubocze od wszystkiego, czym człowiek powinien się troskać i za co winien żywotem swym odpowiadać. Dlatego uciekł do miasta jako do obcego środowiska, w którym o nic nie nagabywany będzie mógł żyć z cicha resztką tego, co mu zostanie” (Maria Dąbrowska, Noce i dnie, t. II, str. 26–27).
W ten sposób w mieście powstawały getta szlacheckie jako zjawiska peryferyczne, marginesowe, nie mające znaczenia dla kapitalistycznej struktury miasta. Były to skupienia rozbitków i uciekinierów dworu ziemiańskiego. Zapewne, część z nich to był element szukający terenu dla swojej aktywności duchowej – ale i ci szli raczej po tradycyjnej linii amatorskich zainteresowań szlacheckich – literatury, sztuki, rzadziej nauki. Trzeba przy tym podkreślić, że zarówno tych, co dążyli do miasta, jako do środowiska aktywności społeczno-kulturalnej, jak i tych, co uciekali do niego „na emeryturę” ziemiańską, cechował wspólny rys psychologiczny bardzo istotny dla zrozumienia społeczno-psychologicznej struktury inteligencji miejskiej w Polsce. Ten rys – to lęk przed schłopieniem, obawa przed deklasacją, pragnienie zabezpieczenia dzieci przed koniecznością przejścia do ordynarnych zawodów.
„Średni właściciel ziemski – mówił cytowany już Hipolit Niechcic z „Nocy i dni“ – skazany jest na zagładę, bo jak chłop bez wymagań żyć nie będzie, a jak pan – też nie może“ ( Maria Dąbrowska, tamże, str. 26). Uciekał więc ziemianin do miasta, bo tam w obcym środowisku łatwiej było żyć w ułudzie kontynuacji pańskiej egzystencji. W kapitalistycznym mieście zdegradowany szlachcic zajmował miejsce pariasa – ale aspiracje miał wielkopańskie.
Z faktem, że inteligencja polska kształtowała się ze szlachty w procesie jej degradacji, wiążą się liczne istotne rysy społecznego oblicza inteligencji. Zatrzymam się tutaj na jednym rysie charakterystycznym, zwłaszcza dla galicyjskiej inteligencji urzędniczej. Mam na myśli skłonności biurokratyczne. Na skłonności biurokratyczne zdeklasowanej szlachty słusznie zwracał uwagę St. Szczepanowski w Nędzy Galicji. Skąd te skłonności? Przede wszystkim z admiracji szlachcica dla hierarchii społecznej i związanego z nią rytuału. Po wtóre, zdeklasowanemu szlachcicowi papierowa formalistyka biurokratycznego urzędowania dawała namiastkę dawnej sfery jego społecznej ważności i wielkości. Papierowa formalistyka to rodzaj społeczno-towarzyskiego rytuału, który ma odgradzać biurokratę od plebsu, to rytuał wymagający znawstwa. Przy pomocy papierowej formalistyki „dusza” zdegradowanego arystokraty broni się przed zetknięciem z rzeczywistością. Czymże byłby galicyjski hrabia na stanowisku starosty powiatowego czy radcy namiestnictwa, gdyby urzędowanie było tak proste, że mógłby je sprawować każdy rozsądny chłop? Trzeba je było zrobić skomplikowaną arystokratyczną dziedziną. Większość tzw. intelektualnych zajęć biurowych to nie są zajęcia inteligentne w swojej istocie; inteligencja nadała im charakter zajęć wyższych pod wpływem swoich pańskich ambicji. W inklinacjach biurokratycznych tkwi samoobronna reakcja degradującej się szlachty. Ale na tę samą chorobę biurokracji cierpiał inteligent chłopskiego pochodzenia o pańskich ambicjach.
Demokratyczne pochodzenie nie jest bynajmniej gwarancją demokratycznych aspiracji. Łatwo być demokratą – mówi jeden z bohaterów inteligenckich powieści Wł. Perzyńskiego – gdy się należy do arystokracji, ale jak być demokratą, gdy się ma w rodzinie szewca? Gdy dr Judym, syn szewca z ulicy Ciepłej, stanął oko w oko z pięknym, wykwintnym, pełnym smaku i elegancji nieskażonej pracą panem Karbowskim, „z głębi duszy młodego lekarza wychylił się znowu żal gorzki i nienasycona zazdrość, czemu i on, czemu i on…“ (Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni, t. I. str. 174). Czemu i on nie jest takim kwiatem tuberozy?
Inklinacje biurokratyczne zdradza zarówno zdeklasowany szlachcic, jak i inteligent chłopskiego pochodzenia, stylizujący się na pana. I dodajmy, że inklinacje te przejawiają się nie tylko w dziedzinie biurowej. Papierowa formalistyka przenika także do sfery „uczoności“ i wykształcenia. „Biurokratyczna” może być praca doktorska, podobnie jak sposób urzędowania.
Zjawiska tego nie tłumaczy powołanie się na c.-k. wpływy. Wzory szły stamtąd, z dworu Franciszka Józefa, ale przemożny urok tego dworu wśród szlachty galicyjskiej staje się zrozumiały na podłożu politycznej, ekonomicznej i społecznej degradacji szlachty galicyjskiej w kraju gospodarczego zacofania i przysłowiowej „nędzy Galicji”.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 888
22 106
Elementy getta inteligenckiego – Znaczenie kultury towarzyskiej
Z procesem degradacji szlacheckiej wiąże się inny rys środowiska inteligenckiego – znaczenie kultury towarzyskiej. Chroniczne niebezpieczeństwo unicestwienia w obcym żywiole kapitalistycznego miasta przy równoczesnym poczuciu bezsilności i niezaradności to było tło, na którym kształtowała się samoobronna aktywność szlachecko-inteligenckiego środowiska. Aktywność samoobronna, defensywna, nie pionierska, nie zdobywcza. Stać się niczym! Oto „niebezpieczeństwo, jakie groziło falom uciekinierów, których przeobrażenia polityczne i społeczno-gospodarcze wyrzucały, z dworów i dworków na bruk miejski.
Uciekinierzy dworu ziemiańskiego w mieście garnęli się ku sobie, trzymali się razem, tworząc odrębne skupienia ludności miejskiej – społeczno-towarzyskie getto. Więź społeczną tych skupień stanowiły przede wszystkim stosunki towarzyskie. Na podłożu stosunków w obrębie „dobrego towarzystwa” dawni rezydenci dworu ziemiańskiego mobilizowali się „duchowo” dla samoobrony. W mieście stosunki towarzyskie pozostały główną podstawą grupowej łączności inteligencji; znaleźć się poza sferą stosunków towarzyskich znaczyło odpaść od swoich, pozostać samemu, albo stoczyć się do niższych warstw społecznych. „Salonik” to był podstawowy element inteligenckiego domu w mieście, sprzed pierwszej wojny światowej. „Naturalna potrzeba życia towarzyskiego – pisał warszawski „Głos” w 1893 r. – dochodzi u nas, zwłaszcza w Warszawie, a najbardziej w sferze osób mających pretensję do przywileju inteligencji – do jakiejś potwornej przesady” („Głos”. W-wa 9/21 stycznia 1893 r. str. 31–32 „Z kraju”).
W związku z olbrzymią rolą, jaką stosunki towarzyskie posiadały dla deklasującej się szlachty, pozostawało dążenie do utrzymania się na poziomie towarzyskiego życia. Stąd ta masa wysiłków oszczędnościowych i poświęcenia, jakie inteligencja wkładała w to, aby odpowiedzieć wymaganiom towarzyskiego życia w zakresie ubrania i mieszkania. Nie móc utrzymywać towarzyskich stosunków, to znaczy dać się zdeklasować. Trzeba bywać, aby nikt nie mógł podejrzewać, że się na psy schodzi. Stosunki towarzyskie pozostały bowiem zasadniczą płaszczyzną kontaktów inteligencji.
Z utratą majątku, władzy i społecznego znaczenia, jakie było przywiązane do posiadania folwarku, formy towarzyskie zyskiwały na znaczeniu. Dla szlacheckiego pariasa obycie towarzyskie było często jedynym majątkiem, jaki mu pozostał, w każdym razie bardzo ważną częścią kapitału wyższości społecznej, jakim jeszcze rozporządzał. Dobre maniery to była reszta jego wielkopańskiej egzystencji. Dziedzic na rozległych włościach mógł sobie lekceważyć formy towarzyskie, miał dość realnych podstaw swojego społecznego znaczenia, ale zubożały potomek tego dziedzica rzucony na rynek miejski lekceważyć ich nie mógł, gdyż była to resztka jego kapitału pańskości, jaka mu pozostała. Tą resztką utrzymywał się jeszcze na poziomie swojej pańskiej sfery. Im bardziej kruche stawały się materialne podstawy bytu, im bardziej słabło moralne znaczenie warstw wyższych, tym większej roli dla nich samych, w ich własnym samopoczuciu nabierała ich osobista sztuka bycia, dobre wychowanie. Z tym wiąże się także charakterystyczny egocentryzm osobowości inteligenta, wyolbrzymiona drażliwość – na punkcie własnej osoby – osobistej godności, honoru, co znakomicie zanalizował Znaniecki w „ludziach dobrze wychowanych”.
Stosunki towarzyskie mają jeszcze inne znaczenie dla getta inteligenckiego. Ludzie getta to są ludzie bezprodukcyjni i jałowi, a równocześnie posiadający poczucie wielkości; nie wytwarzają nic, co by im dawało obiektywne sprawdziany własnej wartości i wielkości. Stąd ustawiczna potrzeba dowodów uznania. Stosunki towarzyskie są im potrzebne „nie tyle dla wymiany myśli i podniety intelektualnej, ile dla wymiany wzajemnego uznania i podniety społecznej”( F. Znaniecki, Ludzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości, str. 152). Człowiek getta inteligenckiego sam potrzebuje komplementów i tak samo odczuwa potrzebę prawienia komplementów. Sam potrzebuje komplementów dlatego, że wobec własnej obiektywnej bezprodukcyjności to są jedyne dowody ważności jego osoby, która jest ogniskiem jego zainteresowań. Ale równocześnie odczuwa potrzebę prawienia komplementów, zarówno dlatego, że pragnie być w zgodzie ze zwyczajem, jak i dlatego, że ten zwyczaj prawienia komplementów pozwala mu ukryć swoja nieżyczliwość dla ludzi i brak sympatii. Bo inteligenckie getto, jak każde getto, to jest kłębowisko jadowitych żmij, w którym amatorskim kunsztem jest robienie intryg, a do najprzyjemniejszych i najpospolitszych społecznych uczuć należy cicha solidarna radość z kompromitowania się bliźnich.
Wzajemna życzliwość rodzi się sponad osobistego spojrzenia na innych i na samego siebie ze stanowiska jakiegoś wspólnego obiektywnego zadania. Tak patrzą na siebie ludzie zespołu, który pracuje nad wykonywaniem obiektywnego zadania. W środowisku zaś takim, jak getto inteligenckie, osoby, a nie obiektywne zadania stanowią ogniska zainteresowań i uczuć. Przy takiej „personalistycznej“ orientacji zainteresowań i uczuć getta, przy równoczesnej bezprodukcyjności i braku wspólnych, obiektywnych zadań, uczestnik getta staje się łatwo dla innych członków getta anty-osobistym rywalem wyposażonym w ładunek potencjalnej nieżyczliwości i odpowiedni ładunek komplementów. Ludzie getta nie lubią jawnego oburzenia moralnego, tym mniej otwartego potępienia, nie z obawy przed popełnieniem błędu, ale przed – skandalem. Intryga to żywioł tego środowiska. Tę psychologię getta utrzymuje w ryzach obowiązująca naczelna zasada dobrego wychowania – konformizmu, poprawności, „nie wypada”!
Z pauperyzacją i degradacją ekonomiczną potęgowało się znaczenie konformizmu, poprawności nie tylko w sferze towarzyskiej, lecz także w sferze poglądów społecznych, politycznych i religijnych. Magnat Leon hr. Rzewuski, potomek hetmańskiego rodu, dziedzic zamku w Podhorcach, mógł bezkarnie uprawiać socjalizm w finansowanym przez siebie lwowskim „Postępie” . On to podobno pierwszy w polskiej publicystyce w swoich artykułach w „Postępie” wprowadził wyrazy burżuazja, proletariat i inne (E. Haecker, Historia socjalizmu w Galicji, str. 54). Hrabia Rzewuski, który później znajduje się wśród założycieli konserwatywnego „Czasu“, mógł sobie pozwolić na takie fanaberie, nie narażając swojego stanowiska społeczno-towarzyskiego. Ale zubożały szarak szlachecko-inteligencki, bez latyfundiów uprawiając non-konformizm, narażał się na odpadnięcie od szlachty – inteligencji wraz ze swoimi dziećmi.
Dobre wychowanie to naczelna zasada inteligenckiego getta obowiązująca zarówno w życiu towarzyskim, jak i w poglądach i przekonaniach. „Ludzie dobrze wychowani” wszędzie tworzą osobną, „wyższą” warstwę społeczną, wyraźnie odgraniczającą się od „niższej” reszty społeczeństwa. Odgraniczenie to polega nie na unikaniu stosunków społecznych w ogóle, lecz na zachowywaniu takiej odległości społecznej między sobą a niższymi, aby można było ignorować ich oceny, jako nie dotyczące „jaźni” człowieka dobrze wychowanego, tylko jego stanu lub funkcji społecznej… Warstwa „dobrze wychowanych” może się dzielić na różne zespoły i wspólnoty o różnych tradycjach wychowawczych, i te zespoły i wspólnoty mogą być nierówne stanowo, jak senatorowie i rycerstwo w Rzymie, duchowieństwo, szlachta i wyższe mieszczaństwo w późnym średniowieczu, lub dziś arystokracja rodowa, obywatelstwo ziemskie (ang. „country gentry”), dziedziczna plutokracja, dziedziczna średnio zamożna burżuazja, wreszcie „inteligencja” zarobkująca. Lecz w odgraniczeniu od ludzi „źle wychowanych” są one solidarne” (F. Znaniecki, loc. cit. str. 153).
Rytualizm towarzyski, towarzyski ceremoniał stał się istotnym środkiem utrzymania społecznego dystansu, podtrzymywania uroku społecznego ludzi, którym los odbierał inne podstawy przewagi i wyższości społecznej. We wszystkich grupach zagrożonych przez degradujące rozpuszczenie się w szerszych zbiorowiskach wzrasta znaczenie samoobronne obyczajowego rytualizmu. Przestał istnieć pańszczyźniany folwark, jako realna podstawa wielkopańskiej egzystencji; folwark, majątek ziemski, przeważnie gdzieś daleko na Ukrainie, przeszedł do rodzinnej legendy; tym większego znaczenia nabierał ów wzór „człeka biesiadnego”, owego „pachołka gładkiego”, zaprawionego „w grach rozmownych”, jak pisano w staropolskiej literaturze.
Stanowisko towarzyskie stało się podstawowym elementem społeczno-obyczajowego wzoru inteligenta polskiego. Wszystko jedno, czy chodzi o urzędnika w banku, czy o profesora uniwersytetu – obaj należeli i należą do inteligencji polskiej nie przez walory umysłu, lecz przez stanowisko towarzyskie. Bez stanowiska towarzyskiego nie było inteligenta – ono należało do jego obyczajowej definicji. Stanowisko towarzyskie, pojęte jako kryterium samoistne, jako niezależne stanowisko w społeczeństwie, wolne od zmazy utylitarnego wysiłku, stawiające jednostkę ponad poziom zwykłych śmiertelników – oto istotny element sztuki bycia inteligenta polskiego. I na tym polega różnica pomiędzy pojęciem inteligenta i intelektualisty. Inteligencja to osobna warstwa społeczno-towarzyska.
[…]
Dla ludzi o arystokratycznych tradycjach wolności od pracy, których warunki życia do pracy zmusiły, jakże cennym jest zachowanie sztuki bycia człowieka nie potrzebującego zarobkowo pracować. Wyglądać tak, jakby się zarobkowo pracować nie musiało. Taki jest wzór inteligenta kultywowany w życiu towarzyskim inteligencji.
[…]
Wielkopańska sztuka bycia to ostatnia przegroda społeczna, która odgradzała szlachtę – inteligencję od pospólstwa. Być panem „z ducha” na dyskretnie ukrywanym „śmietniku” dawnej rodowej świetności. Inteligent to człowiek, z którym można było utrzymywać stosunki towarzyskie, któremu podawało się rękę, zapraszało do stołu. Inteligent to stanowisko społeczno-towarzyskie, wykluczające ordynarne formy zarobkowania – inteligent nie zarabiał, on otrzymywał gażę, uposażenie, honorarium. Niedawno jeszcze lekarzowi wręczało się honorarium dyskretnie w kopercie. Salonik inteligencki kontynuował styl kulturalny przed-kapitalistycznego dworu ziemiańskiego. Cechą tego stylu było powiązanie kultury intelektualnej ze społeczno-obyczajowym wzorem człowieka nie potrzebującego zarobkować.
Stosunek inteligencji do arystokracji
[……]
Magnacko-arystokratyczny – nie mieszczański ani chłopski – jest styl inteligenckiej kultury – styl kulturowo-obyczajowych wzorów, obowiązujących po dziś dzień wśród inteligencji. „Pochodzeniem przeważnie magnacko-szlacheckim – pisze na ten temat prof. St. Estreicher – tłumaczą się liczne charakterystyczne cechy kultury polskiej wziętej jako całość: jej wykwint zewnętrzny i błyskotliwość, pociąg do okazałości, nawet zbytku, przepychu, skłonności do wytwornej galanterii wobec kobiety. Czy weźmiemy strój polski, czy życie towarzyskie i rodzinne, czy sposób ucztowania, czy jakikolwiek inny szczegół, wszędzie te „pańskie” cechy występują i odróżniają nasz obyczaj od obyczajowości, która gdzie indziej tworzyła się pod silnym wpływem miast i mieszczan. Do dziś dnia obyczaj polski odbija tymi cechami od mieszczańskich cech obyczajów Czech albo Niemiec” ( St. Estreicher, „Problem dziejów kultury polskiej”, „Przegląd Współczesny”, R. X/1931, nr 105, str. 19) . Ten arystokratyczny styl u pariasa kapitalizmu w Polsce – jakim był inteligent – dawał efekt komiczny.
„Obserwowałem nieraz Polaków – mówi cudzoziemiec, jeden z bohaterów powieści Choynowskiego o inteligencji polskiej – otóż jesteście dość zabawni. Macie wersalskie wychowanie francuskie, małpowane z magnackich dworów, a żadnej możności podtrzymania tych pretensji. Jeżeli wezmę do ręki bilet Anglika z czterowierszem tytułów i inicjałów – mówi mi to naprawdę o jego stanowisku społecznym, jeśli zaś czytam za granicą w katalogowym spisie „Monsieur de Zapominalski” – wiem, że to zwykły błazen. Jesteście sztywni, wszyscy macie manię wielkości i pogardę dla ludzi wychowanych inaczej. W Europie nie bardzo was lubią. Brak wam „humanitatis”, poczucia wszechludzkiego braterstwa. Tego najprostszego afektu prostej życzliwości dla ludzi. Toć we Włoszech cały wagon rozmawia ze sobą w minutę po wyruszeniu ze stacji. U was bez przedstawienia nikt ust do nikogo nie otworzy. A już wasze kobiety. Każda szwaczka pozuje na księżniczkę, każda brzydula ma pretensję do hołdów, każda idiotka pogardza całym światem. Daruj pan, ale jesteście trochę śmieszni” (Piotr Choynowski, Młodość, miłość, awantura, str. 47–48).
I jeszcze jedno. Duchowa solidarność polskiej inteligencji z arystokracją miała inne jeszcze podłoże. Inteligencja i arystokracja stanowiły jeden wspólny obóz polskich Europejczyków: inteligencja i arystokracja to była polska Europa. Nie od dzisiaj i nie tylko w sferze „Wiadomości Literackich”, lecz także w sferze „Przeglądu Współczesnego” inteligencja polska to był rodzaj arystokratycznej ambasady zachodnio-europejskiej kultury na dzikich polach chłopskiej, murzyńskiej Polski, „przedmurza chrześcijaństwa”.
Do społeczno-kulturalnej istoty wyższych sfer polskiej inteligencji należało zawsze, że byli to „zagranicznicy” — paryżanie, rzymianie, londyńczycy, heidelberczycy, wiedeńczycy. Nieśmiertelnym wzorem tego typu polskiego Europejczyka, ambasadora Europy w kraju polskich Murzynów, był Zygmunt hr. Podfilipski Weyssenhoffa. Pan Zygmunt hr. Podfilipski nie potrafił patrzeć na Polskę inaczej, jak tylko z góry – oczami patrioty Paryża i Londynu.
Inteligencja polska – polscy Europejczycy – polscy paryżanie i londyńczycy w kraju tubylczych chłopów.
Pisarz duński Jerzy Brandes w swych wrażeniach z Polski z lat dziewięćdziesiątych, zwracając uwagę na powszechność francuskiego języka wśród arystokracji i wyższych sfer inteligencji pisał, że „pod wielu względami Warszawa czyni wrażenie miasta prawie francuskiego”( J. Brandes, Polska, Lwów 1902, str. 37).
Inteligencja a masy ludowe
Ze ścisłego związku inteligencji z arystokratycznymi wzorami kultury wynikają charakterystyczne tendencje kultury inteligenckiej wobec mas ludowych. Parias ekonomiczny o wielkopańskich aspiracjach pragnął monopolu na kulturę intelektualną. Deklasujący się element ziemiański niósł ze sobą do miasta zainteresowania intelektualne jako element życia towarzyskiego. Do saloniku miejskiego, miniatury salonu, przesiąkał salonowy typ umysłowej kultury. Z towarzyskim salonem wiąże się inteligencki ideał ogólnego wykształcenia, w którym element humanistyczno-literacki dominuje nad naukowo- przyrodniczym, element dekoracyjny nad utylitarnym, dyletancko-amatorski nad fachowo- zawodowym.
[…..]
… w sytuacji społecznego upośledzenia kultura umysłowa nabierała tym większego znaczenia dla poczucia jej społecznej wyższości, im bardziej zacierały się zewnętrzne różnice ubiorów między inteligencją a wzbogaconym drobnomieszczaństwem. W związku z tym pozostawała tendencja inteligenckiego getta do zmonopolizowania kultury umysłowej, wykształcenia i nauki, do izolowania jej we własnym środowisku, ponieważ zachowanie ekskluzywnego, arystokratycznego charakteru kultury umysłowej – to był warunek utrzymania społecznej przewagi inteligencji w społeczeństwie. Gdy kultura umysłowa staje się sprawą dobrego wychowania, to rozwijanie tej kultury wśród ludzi „źle wychowanych” jest ze stanowiska ludzi dobrze wychowanych oczywistym nonsensem.
[…]
Rozdział trzeci
O wyjście z getta
W obronie ducha polskiego
[…]
Procesy wśród inteligencji dokonywały się głównie, niemal wyłącznie, w płaszczyźnie prądów literackich, intronizacja chłopa w literaturze polskiej była wyrazem poszukiwania nowych źródeł siły przez elitę polskiej inteligencji, wegetującą myślowo na marginesie wielkich cywilizacyjnych dokonań Europy. W Polsce nie działo się nic takiego, co by angażując zarówno chłopa jak i szlachtę w wielkie dzieło cywilizacyjne budowy kraju, dokonywało realnego zjednoczenia w płaszczyźnie wspólnego czynu.
Literacki mit chłopa to „sny o potędze” inteligencji zawieszonej w próżni społecznej. To był obieg, wyżywanie się w literackiej symbolice, oderwanej od rzeczywistości życia przez „gapiów życia polskiego”, jak się wyraził jeden z publicystów o inteligencji polskiej. Wystarczy przeczytać wspaniałe strony książek Kiplinga z jego kultem dla wszelkiej pracy materialnie produktywnej i jego zachwytem dla wszelkiej sprawności zawodowej, wystarczy przeczytać wspaniałe strony poświęcone okrętowi w twórczości Conrada – by odczuć tę kolosalną różnicę klimatu duchowego inteligencji polskiej z ewangelią Trylogii Sienkiewicza, a nawet z inną ewangelią prometeizmu „Ludzi bezdomnych”. Inteligencja polska tak samo jak i cały naród znalazła się na marginesie olbrzymiej duchowo-materialnej aktywności ub. stulecia. Dla naszego stosunku do tego okresu Ziemia obiecana Reymonta jest doskonałym dokumentem. Jest to powieść o Łodzi, a Łódź to przecież wspaniały rozdział amerykańskiej historii zademonstrowanej w Polsce. Łódź to „rycerze przemysłu” i „rycerze pracy” w Polsce, demonstrujący jakby na pokaz, że i u nas Ameryka była możliwa. Tymczasem Łódź Reymonta to paszkwil na pieniężną cywilizację nowoczesnego miasta. „Ziemia obiecana” to nie tylko potępienie „rekinów przemysłu”, lecz także potępienie – pracy fabrycznej (J. Krzyżanowski, W. St. Reymont, str. 2).
Metamorfozy szlachty – inteligencji dokonywały się w jednostronnej płaszczyźnie obrony „ducha polskiego” przed zagładą. Obrona ta nosiła piętno społecznej patologii i sięgała głęboko w psycho-socjologię niewoli polskiej. Kult ducha polskiego stworzyli wygnańcy oderwani od materialnej rzeczywistości polskiej, a wygnańcami w głębszym znaczeniu byli nie tylko ci, co za granicę wyjechali, ale i ta inteligencja, co pozostawszy w kraju przez warunki polityczne odcięta została od myślowego konkretu, od szerokich mas narodu.
Z płaszczyzny zbiorowego życia i prac narodu, organizowanego przez myśl twórczą dla realnych zadań, Polska przeniesiona została w płaszczyznę ducha – absolutu. W okresie najintensywniejszego rozwoju kapitalizmu, kiedy w innych krajach Zachodu wrzała praca, przekształcająca cywilizacyjne oblicze świata, Polska dla swoich kulturalnych rodaków była tylko idealnym duchowym dobrem. Modlono się o nią i modlono się do niej, jak do bóstwa. Polska stała się przedmiotem swoistego kultu religijnego, którego kapłanami stali się poeci i literaci.
„Ludzie ci mieli za jedyną rzeczywistość duszę własną i musiała dla nich Polska stać się momentem niezbędnym życia ducha, zadaniem, bez którego dopełnienia życie świata, wszechświatowego, wszechludzkiego ducha nie wypełni swoich przeznaczeń” (St. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, Lwów 1910, str. 205–206 ).
Mesjanizm polski tkwił głęboko w ideologicznej strukturze inteligencji polskiej. Często leży on u podłoża zjawisk, na pozór nie mających z nim nic wspólnego. Z nim wiąże się pokutujące po dziś dzień złudzenie inteligencji polskiej, że Polska jest sumieniem całej Europy, że losy Polski są kryterium wartości duchowej świata cywilizowanego i że na Polskę cały świat kulturalny –chce czy nie chce, świadomie czy nieświadomie –pracuje i że wobec tego nie ma się co samemu wysilać zbytnio w realnej pracy dla dobra kraju. W poczuciu inteligencji polskiej losy Polski decydują się w płaszczyźnie duchowej, nie materialnej rzeczywistości. Z tego stanowiska znaczenie ducha polskiego dla ludzkości jest samo przez się gwarancją wolności Polski i jej pomyślności…
Nie wspólny system gospodarczy, nie wspólny codzienny zbiorowy wysiłek – nie wspólny system polityczny, nie poczucie solidarności losu z chłopskimi masami – lecz przynależność do arystokratycznego kościoła duchowej kultury polskiej i… do kościoła rzymsko-katolickiego miały być gwarancją przyszłości Polski. Dla ogółu Polaków Polska, jako wartość wspólna wszystkim, to wartość kościelno-religijna, to system obrzędowy z kastą kapłańską inteligencji. Z punktu widzenia całości Polska to nie była wspólnota czynu zbiorowego, ożywiona wolą budowy szczęśliwej doli człowieka i ogarniająca wszystkich w poczuciu wielkości historycznego zadania i radości współtworzenia.
W lekceważeniu materialnej cywilizacji widzi się często wyższość duchową Polaka. Być może, lecz tylko w tym znaczeniu, w jakim czerwonoskórego Indianina, wyżywającego się w obrzędzie religijnym, w wojnie i zabawie, cechuje wyższość duchowa nad cywilizowaną Ameryką. Jerzy Brandes we wrażeniach z Warszawy, wspominając o małżeństwie jakiegoś modernisty z piękną dziką Indianką z południowej Ameryki, pisze, że „bardzo się ona do tutejszych stosunków nadaje, gdyż nie podobna było jej zaszczepić żadnego pojęcia o pieniądzach i ich wartości” (J. Brandes, Polska, str. 101).
Taka była ewolucja „ducha polskiego” dokonująca się w sferze literatury. Ale zbiorowe życie narodu to nie nabożeństwo kościelne i nie teatralne widowisko. Naród to nie tylko serce patrioty i nie tylko kościoły, lecz także fabryki, kopalnie, koleje. Naród to całość cywilizacyjna, realizująca się w ogromnej ilości wiązań często nieuchwytnych, lecz bardzo istotnych równocześnie duchowej i materialnej natury. Kultura duchowa i kultura materialna! Nigdzie to przeciwstawienie nie nabrało takiej jaskrawości jak u nas i nigdzie nie związało się tak jaskrawo ze strukturą społeczną – inteligencja czyli wyższa sfera ducha i masy ludowe – sfera materialna: inteligencja – polscy Europejczycy i lud – polscy Murzyni; razem – bezdziejowy zlepek, a nie organiczna całość nowoczesnego narodu.
Cechą prądów kulturalnych w Polsce tego okresu, w którym życie kultury polskiej ześrodkowywało się w getcie inteligenckim, izolowanym od szerokich mas narodu i od aktywnego udziału w kształtowaniu cywilizacji europejskiej, było przesunięcie problematyki kulturalnej w jednostronną płaszczyznę duszy narodu i duszy inteligencji. Wspaniały rozkwit literatury polskiej w okresie romantyzmu, a później w okresie Sienkiewicza, Żeromskiego, Wyspiańskiego, to wszystko było poszukiwanie duszy narodowej i własnej duszy inteligenta. Tak jak u d-ra Judyma — życie społeczeństwa polskiego stało się zagadnieniem osobistego sumienia (Zwracał na to uwagę St. Brzozowski) (St. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, str. 488–489).
Frazeologia europejskości, kult „europejskości” należy po dziś dzień do istotnych rysów inteligencji polskiej. Inteligencja polska we własnym poczuciu to warstwa „polskich Europejczyków”. A jakże jest naprawdę z tą europejskością polskiej inteligencji? Europejskość polskiej inteligencji to hedonistyczna konsumpcja wartości kulturalnych Europy bez aktywnego udziału w dziele tworzenia Europy i bez poczucia europejskiej współodpowiedzialności. Inteligent — polski Europejczyk to istota, która nie czuje się odpowiedzialna ani za Polskę, ani za Europę. Europejskość — to dla inteligencji polskiej problem hedonistycznej konsumcji, a nie zbiorowego trudu. Zwracał uwagę na to St. Brzozowski (St. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, str. 264–265). To sprawa amatorskiej zabawy kulturalnej — a nie zobowiązanie i odpowiedzialność. W kulturze inteligencji polskiej brak podstawowego elementu charakterystycznego dla kultury zachodnio-europejskiej. Element ten to wierność stwarzanemu obiektywnemu dziełu – wierność warsztatowi pracy cywilizacyjnej.
W społeczno-ideologicznej osobowości inteligenta polskiego wciąż jeszcze walczy dawny szlachcic – człowiek bez zawodu, miłośnik różnych amatorskich zajęć – z nowoczesnym człowiekiem warsztatu pracy zawodowej. W tej płaszczyźnie leży jedna z istotnych różnic tzw. psychiki inteligenta, psychiki „pańskiej” i psychiki chłopa lub robotnika. Stopień profesjonalizacji psychiki chłopa i robotnika jest wyższy niż inteligenta. Chłop lub robotnik są ludźmi swoich warsztatów pracy, oni należą do tych warsztatów. W getcie inteligenckim inaczej, warsztat pracy traktuje się jako rzecz drugorzędną, dodatkową do osoby inteligenta. Na tym polega personalizm kultury inteligenckiej. Z tego punktu widzenia „psychika“ chłopa i robotnika jest bliższa strukturze nowoczesnej, przemysłowej cywilizacji niż psychika inteligenta.
Józef Chałasiński
Źródło: Józef Chałasiński, Społeczna genealogia inteligencji polskiej, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1946. Prace Polskiego Instytutu Socjologicznego, Seria: Studium Problemów Chłopskich i Robotniczych.
 
Do góry Bottom