III Wojna Światowa

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Kiedy w społeczeństwie wzbiera nienawiść wobec rządzących, to każdy powód do protestowania jest dobry i nie musi istnieć jakaś jedna centralna przyczyna. To, co na ogół wymienia się jako główną przyczynę, jest zazwyczaj tylko najbardziej widowiskowym zapalnikiem, ale on sam w sobie nic nie znaczy, bo najpierw potrzebujesz kumulacji niezadowolenia w postaci poprzednich czynników. Któremu z nich akurat przypadnie rola ostatniej kropli przelewającej czarę goryczy jest w sumie poza symboliką nieistotne, bo proces męczenia społeczeństwa przez władzę musiał postępować znacznie dłużej.

Prawdopodobnie jedna kwestia nie byłaby w stanie wyprowadzić ludzi na ulice - ale jeśli władza dokręciła im śrubę i poza zubażaniem inflacją, pozwoliła sobie na wprowadzanie dyscypliny w innych kwestiach albo przestraszyła stając na drodze do ich własnych pieniędzy, to okazało się, że mieli dość.

Nawet jeśli było tak jak mówi ten człowiek i bunt rozpoczął się od sytuacji, w której paszporty covidowe wymagane w bankach zostały katalizatorem buntu wobec całej drożyzny, to i tak nie dojdziemy do tego, czy protesty wybuchłyby przy założeniu, że nie ma paszportów, ale jest inflacja, albo są paszporty, ale nie ma inflacji.

Kiedy masz do czynienia z konfliktem tej skali, że rząd w podskokach spieprza a Ruscy muszą wjeżdżają to stabilizować, to znak, że taka konstelacja zdarzeń musiała w Kazachów pieprznąć okrutnie. Wydaje mi się jednak, że Amerykanie to w jakimś stopniu sprowokowali albo przyspieszyli, bo potrzebowali dywersji.


Niestety, ale wychodzi na to, że zarówno NATO jak i Rosja będą przeć w stronę wojny. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby tu nastąpiła jakaś deeskalacja napięć. Sytuacja teraz wygląda bardzo nieciekawie.

Zachód jest mimo wszystko w porównaniu do Rosji dostatni i kompletnie rozbrojony, przez co znajduje się w pozycji grubej świni, jaką można spróbować zarżnąć i się nią najeść. A ponieważ trzon NATO stanowią Amerykanie i nie możemy wiedzieć jak poważnie potraktują ewentualny front europejski w porównaniu z wojną na Pacyfiku. W efekcie opóźnionych reakcji może się okazać, że trzeba się tu przygotować na opcję wielokrotnych zmian granic.

Jeśli ktoś mieszka w miejscu, gdzie sąsiaduje z mniejszościami narodowymi, powinien sobie sprawić broń w celu zabezpieczenia siebie i swojej rodziny przed ewentualną wołynizacją. A jeśli ktoś nie chce przeżywać ciężkich czasów na własnej skórze, to wciąż ma opcję pryśnięcia z Europy na jakieś zadupie z niezaangażowanymi w wielką politykę państwami - włączając w to opcję południowoamerykańską z kierunkiem gazdowym na Paragwaj. ;)

Zapoznawszy się z komentarzami na różnych portalach internetowych dotyczących tematów Ukrainy, rozmów NATO-Rosja, można dojść do wniosku, że u nas morale jest tragicznie marne, woli do walki czy obrony nie ma żadnej i wszyscy liczą, że ci na górze się jakoś dogadają. Patrząc na to z perspektywy Rosjan, mogą oni myśleć, że wreszcie doczekali dobrego momentu na odwet, bo Europejczycy zostali pacyfistycznymi naiwniakami, nie będącymi w stanie już myśleć w kategoriach polityki realnej, duraczonymi - jak to mawia Michalkiewicz, kolejnymi postępowymi ideologiami, jakie odciągają ich od realnego stanu świata na rzecz tego, jak chcieliby, żeby on wyglądał.

W zasadzie to znajdujemy się w tym samym położeniu co zachodnie mocarstwa w latach trzydziestych, które musiały utracić całą Środkową-Wschodnią Europę na rzecz Niemiec, żeby kupić sobie czas na dozbrojenie i wyjście z ogólnego nieprzygotowania. Plus jest taki - chociaż dla Polaków marny - że teraz zagrożenie mamy tylko z jednego kierunku, więc przynajmniej tym razem nie ma ma wielkiego ryzyka wojny na dwa fronty.

Politycznie najrozsądniej byłoby jednak dalej inwestować w tę Ukrainę - na tyle mocno, żeby to oni się tam wykrwawiali, mając zapewnione stałe dostawy sprzętu z Zachodu, taki odpowiednik Lend-Lease Act. My stracimy hajs, a oni krew. Może w ten sposób uda się wykupić od wojaczki, może nie i to tylko metoda gry na czas.

Ja tam wątpię, aby Europejczycy potrafili się jakoś szybko zmilitaryzować, tym bardziej skoro byli wychowywani przez lata do bycia zupełnymi cielętami. Możliwe więc, że Ukraińcy sobie powalczą, powalczą, padną albo zniechęcą i w końcu ustąpią Rosjanom, a Europa zmarnuje ten czas, kierując myśleniem życzeniowym i będzie następna w kolejce. Bo ma dziś takie elity polityczne, że nie można tego wykluczać.

W polityce panują zwyczaje chuligańskie, a zatem słabość prowokuje cudzą agresję.
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 558
A czy Kirgistanem rządzą Rosjanie skoro premierem tego państwa jest Rosjanin?
Nie rządzą. Premierem Kirgistanu jest jego obywatel. Nie został on nasłany im przez Moskwę.
Według mnie jest tak, że zamiast wybierać jakiś lokalny klan, klany ustanowiły "rozkminiającego", który z racji swej narodowości nie jest z jakiegokolwiek klanu. Ale to są tylko moje domniemania.


Jak na razie do ofiar rebeliantów dołączył znany lokalnie muzyk i reżyser Saken Bitaev.
Widać że ci protestujący, to zwykła stymulowana dzicz, a jak stymulowana do takich działań, to tylko z zewnątrz.

Na marginesie, z artykułem nie zgadzam się w wielu kwestiach.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335

Szwecja wysłała na Gotlandię siły reagowania kryzysowego. To odpowiedź tamtejszego rządu na rozmieszczenie rosyjskich okrętów desantowych na Morzu Bałtyckim. Minister obrony Peter Hultqvist powiedział w radiu Ekot, że "nie można wykluczyć ataku na Szwecję".
Dzisiaj, 12:42
Licząca blisko 60 tys. mieszkańców Gotlandia, największa szwedzka wyspa na Bałtyku, przeżywa właśnie wojskowe oblężenie. Położona w środkowej części Morza Bałtyckiego, w połowie drogi między Sztokholmem a rosyjską eksklawą Kaliningradu, od dawna uznawana jest za teren ważny ze strategicznego punktu widzenia.

Wyspa jest kluczowym miejscem dla każdej floty – wojennej lub handlowej – chcącej sprawować kontrolę nad otaczającymi ją wodami, łączącymi drugie miasto Rosji, Petersburg, z sześcioma skandynawskimi i bałtyckimi stolicami, a także z północnymi Niemcami i Morzem Północnym.
Armia szwedzka zwiększyła liczbę stacjonujących tam żołnierzy. Port w Visby (stolicy regionu) ochraniają czołgi, a w mieście widoczne są patrole.
To odpowiedź szwedzkiego rządu na wzmożoną aktywność Rosji na Morzu Bałtyckim. Moskwa zwiększyła liczbę swoich okrętów desantowych z jednego do sześciu. Poza tym trzy jednostki wpłynęły przez cieśniny duńskie w tym tygodniu. Oprócz tego nadal rośnie napięcie na linii NATO — Rosja.
Minister obrony Szwecji, Peter Hultqvist powiedział radiu Ekot, że posiłki są wysyłane również do innych części kraju. — Szwecja nie zostanie zaskoczona, jeśli coś się wydarzy" — zapewnił i dodał, że nie wyklucza ewentualnego ataku na swój kraj.
— Ważne jest, aby pokazać i wysłać sygnały, że traktujemy tę sytuację poważnie — stwierdził szwedzki minister obrony.
Według dziennika "Dagens Nyheter"część żołnierzy przyjechała na Gotlandię drogą morską przez port Nynaeshamn pod Sztokholmem. Operacja, jak pisze "DN", owiana była tajemnicą.
Szwecja nie jest członkiem NATO, ale współpracuje z Sojuszem. W piątek wieczorem na lotnisku w Visby w ramach międzynarodowej współpracy wylądował także amerykański samolot transportowy C-17 z Kalix na północy Szwecji ze 100 żołnierzami.

Szwecja przypomina sobie czasy zimnej wojny

W latach osiemdziesiątych XX w. szwedzka marynarka wojenna regularnie prowadziła u wybrzeży Szwecji pojedynki z radzieckimi okrętami podwodnymi, a szwedzkie helikoptery wojskowe zrzucały miny do rowów na dnie Bałtyku, gdzie – jak podejrzewano – ukrywały się radzieckie jednostki podczas misji wywiadowczych.
Kiedy w 1991 r. rozpadł się Związek Radziecki, powszechnie zakładano, że dni gier wojennych pomiędzy Wschodem i Zachodem na Bałtyku skończyły się na dobre. W 2005 r. Szwecja uznała utrzymywanie wojska na Gotlandii za marnotrawstwo zasobów – i wycofała je. W kolejnych latach ochłodzenie w stosunkach między Moskwą a Zachodem wywołało wątpliwości, czy była to słuszna decyzja. W 2015 r. podjęto decyzję o powrocie wojska na wyspę.
(bs)
 

NoahWatson

vaxinista
1 265
3 137

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335

Oprac.: Paweł Basiak
Świat
Wspierani przez Rosję separatyści w Donbasie rozmieścili 275 jednostek sprzętu wojskowego - podał w niedzielę sztab Operacji Połączonych Sił Zbrojnych Ukrainy. Ukraińskie wojsko wskazuje, że to naruszenie porozumień mińskich. Zapewnia jednak, że sytuacja "jest pod kontrolą".
"Minionej doby dodatkowo wykryto i zarejestrowano rozlokowanie na tymczasowo okupowanym terytorium 275 jednostek sprzętu wojskowego zbrojnych formacji Federacji Rosyjskiej, które rozmieszczono, naruszając porozumienia mińskie" - napisał w niedzielę sztab.
Zarejestrowano rozlokowanie m.in. czołgów, dział samobieżnych, opancerzonych pojazdów bojowych, haubic.

Zobacz też: Organizacja CIT: Rosja przerzuca pociski rakietowe Iskander na zachód

Także podano, że na terenach kontrolowanych przez separatystów utrudniano działanie Specjalnej Misji Monitorującej (SMM) OBWE, m.in. zakłócano sygnał drona i prowadzono ostrzał w stronę urządzenia.

"Zarejestrowane naruszenia ze strony Zbrojnych Sił Federacji Rosyjskiej świadczą o systematycznym tworzeniu przez nie warunków do dalszej eskalacji napięcia na linii rozgraniczenia. Oraz o próbach ukrycia swojej przestępczej działalności przed międzynarodowymi obserwatorami" - uważa ukraiński sztab.

"Ukraińskie siły kontrolują sytuację"

Zapewniono, że ukraińskie siły kontrolują sytuację i "kontynuują wykonywanie zadań w ramach odparcia i powstrzymywania zbrojnej agresji". Sztab podkreślił, że strona ukraińska przestrzega porozumień mińskich i otwiera ogień tylko w przypadku, gdy działania przeciwnika stwarzają zagrożenie dla życia i zdrowia ukraińskich wojskowych i cywilów.

Konflikt zbrojny w Donbasie wybuchł po zwycięstwie prozachodniej rewolucji w Kijowie, która doprowadziła do obalenia na początku 2014 roku ówczesnego prorosyjskiego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Wiosną tamtego roku wspierani przez Rosję rebelianci proklamowali w Donbasie dwie samozwańcze republiki ludowe.

Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka szacuje, że w związku z konfliktem w Donbasie zginęło 13,2-13,4 tys. osób. Według Kijowa w wyniku konfliktu zginęło ok. 14 tys. ludzi.


Czyżby tym razem "ataku na radiostację w Gliwicach" miały dokonać drony? Zobaczymy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Czyżby tym razem "ataku na radiostację w Gliwicach" miały dokonać drony? Zobaczymy.
Mówię i mam.

14 sty, 17:19
Rosja wysłała na wschodnią Ukrainę grupę agentów w celu zorganizowania prowokacji mającej posłużyć za pretekst do inwazji - podała telewizja CNN i inne media, powołując się na przedstawiciela administracji prezydenta USA Joego Bidena.
Według cytowanego urzędnika amerykańskie służby mają dowody na to, że wysłani agenci byli szkoleni w walce miejskiej i działaniach sabotażowych z wykorzystaniem materiałów wybuchowych.
- Rosyjskie siły planują rozpoczęcie tych działań kilka tygodni przed wojskową inwazją, która może rozpocząć się między połową stycznia i połową lutego - powiedział anonimowy oficjel.
W czwartek przekazanie informacji mediom na temat szykowanej przez Rosji prowokacji zapowiadał doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan. O planach podobnych akcji komunikował też ukraiński resort obrony.
Według administracji Bidena Rosjanie używają też mediów państwowych i agentów wpływu w mediach społecznościowych, by przygotować rosyjskie społeczeństwo na interwencję, wzmacniając narrację na temat "pogorszenia stanu praw człowieka na Ukrainie" i radykalizmu ukraińskich przywódców i przygotowując grunt pod oskarżenie Zachodu o sprowokowanie wojny.
- W grudniu treści w języku rosyjskim w mediach społecznościowych z taką narracją wzrosły do średniej 3,5 tys. wpisów dziennie - stwierdził rozmówca CNN, zwracając uwagę, że stanowi to wzrost o 200 proc. w stosunku do listopada.
Źródło: PAP
Data utworzenia: 14 stycznia 2022 17:19

Przy okazji...

ŚWIAT
Wielka Brytania dostarczyła Ukrainie lekkie systemy obrony przeciwpancernej, by zwiększyć jej zdolności obronne w razie rosyjskiej inwazji, a pewna liczba brytyjskich żołnierzy przeprowadzi szkolenie z ich obsługi - poinformował w poniedziałek minister obrony Ben Wallace.
- W świetle coraz bardziej zastraszającego zachowania Rosji oraz w uzupełnieniu naszego obecnego wsparcia, Wielka Brytania zapewnia nowy pakiet pomocy w zakresie bezpieczeństwa w celu zwiększenia zdolności obronnych Ukrainy. Podjęliśmy decyzję o dostarczeniu Ukrainie lekkich, przeciwpancernych, defensywnych systemów uzbrojenia. Ponadto niewielka liczba personelu brytyjskiego przeprowadzi przez krótki czas wstępne szkolenie w ramach operacji ORBITAL, po czym powróci do Wielkiej Brytanii - oświadczył Wallace w Izbie Gmin.
Nie sprecyzował liczby ani rodzaju wysyłanej broni, ale poinformował, że pierwsze systemy zostały dostarczone już w poniedziałek i zaznaczył, że mają one charakter defensywny.

Brytyjski minister: Ta broń nie stanowi zagrożenia dla Rosji

- Pozwólcie mi jasno wyrazić: to wsparcie dotyczy broni krótkiego zasięgu i wyraźnie defensywnej; nie jest to broń strategiczna i nie stanowi zagrożenia dla Rosji. Jest ona przeznaczona do użycia w samoobronie, a personel brytyjski prowadzący szkolenia na wczesnym etapie po ich zakończeniu wróci do Wielkiej Brytanii - podkreślił.
Dodał, że Wielka Brytania bezwarunkowo popiera suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy w jej uznawanych przez świat granicach, czyli wraz z okupowanym Krymem, a także uznaje prawo państw do samodzielnego wyboru swoich sojuszy.
Wallace powiedział, że Wielka Brytania jest otwarta na dwustronny dialog z Rosją i dlatego wysłał on zaproszenie do swojego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Szojgu, by w najbliższych tygodniach złożył wizytę w Londynie. - Jesteśmy gotowi omówić kwestie związane z wzajemnymi obawami dotyczącymi bezpieczeństwa i konstruktywnie, w dobrej wierze zaangażować się w rozmowy - zapewnił.
Wskazał jednak, że to od Rosji zależy, czy wybierze drogę dialogu, czy konfrontacji, a jeśli to drugie - musi się ona liczyć z bardzo poważnymi konsekwencjami. - Obecna przepaść jest duża, ale nie jest nie do pokonania. Wciąż mam nadzieję, że dyplomacja zwycięży. Wybór należy do prezydenta Władimira Putina; czy wybierze dyplomację i dialog, czy też konflikt i jego konsekwencje - mówił Wallace.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Dyplomacja światowa jak to ma w swoim zwyczaju, lubi się bawić suspensem. Wyciągajcie pop-corn.

Świat
Wczoraj, 18 stycznia (22:06)
USA mają informacje wskazujące, że Rosja może planować zajęcie Kijowa i obalenie obecnych władz - podała we wtorek telewizja CNN, powołując się na przedstawicieli administracji USA. Administrację szczególnie niepokoi rozmieszczenie rosyjskich wojsk na Białorusi.
Według telewizji, mimo informacji, które mają być w posiadaniu USA, Waszyngton wciąż nie wie, czy na Kremlu podjęto decyzję o nowej agresji na Ukrainie i jaki jest plan Moskwy.

Rosja zaatakuje Ukrainę?

"Niektórzy oficjele, którzy widzieli informacje wywiadowcze, mówią że są dowody na to, że Rosja planuje próbę zajęcia stolicy Ukrainy, Kijowa i obalenie władz" - podaje telewizja, dodając że przemieszczenie wojsk z rosyjskiego Dalekiego Wschodu - Wschodniego Okręgu Wojskowego - na Białoruś zdaje się szczególnie niepokojące w tym kontekście.
Niepokoje te podzielił też we wtorek podczas telefonicznej konferencji prasowej przedstawiciel Departamentu Stanu. Jak stwierdził, rozlokowanie wojsk na Białorusi daje Rosji dodatkowe możliwości i kierunki ataku na Ukrainę.
Zwrócił uwagę, że choć oficjalnie rosyjscy żołnierze przyjechali na ćwiczenia wojskowe, nie były one wcześniej zapowiadane, a ich liczba jest większa, niż w przypadku normalnych manewrów. Dyplomata stwierdził też, że rozmieszczenie wojsk stawia pod znakiem zapytania to, czy kontrolę nad Białorusią rzeczywiście jeszcze sprawuje Alaksandr Łukaszenka i czy Białoruś jest państwem suwerennym. Zasugerował, że Moskwa domaga się w ten sposób od zależnego od siebie białoruskiego dyktatora spłaty długu, wynikającego ze wsparcia Kremla wobec protestów przeciw jego władzy.

Ofensywa z Donbasu

Inną cytowaną przez CNN opcją jest bardziej ograniczona ofensywa z Donbasu, której celem miałoby być połączenie terytorium z Krymem. Mimo to, ani ukraińscy, ani amerykańscy przedstawiciele nie mają pewności co do rosyjskich intencji. Podczas wtorkowego briefingu prasowego rzecznik Pentagonu John Kirby ocenił, że rozmieszczenie wojsk rosyjskich - wzdłuż niemal całej granicy rosyjsko-ukraińskiej, na Krymie i na Białorusi - daje Rosji "wiele opcji działania" w perspektywie ewentualnej agresji.
Telewizja zaznacza, że po zeszłotygodniowej serii rozmów z Rosją, w administracji Joe Bidena panuje pesymizm co do perspektyw dyplomatycznego wyjścia z kryzysu.
Według CNN, administracja wciąż zastanawia się nad tym, jaką broń powinna przekazać Ukrainie, zarówno by mogła ona bronić się przed atakiem, jak również by postawiła opór w razie okupacji kraju. Wśród rozważanych możliwości jest amunicja, moździerze, dodatkowe dostawy zestawów przeciwpancernych Javelin i systemy przeciwlotnicze.

Oprac.: Harald Kittel
Świat
Ambasada Rosji w Waszyngtonie wezwała Stany Zjednoczone do odstąpienia od planów dostarczenia na Ukrainę dodatkowej broni o wartości 200 mln dolarów. Placówka wezwała także do "zakończenia histerii w sprawie Donbasu". "Po raz kolejny podkreślamy: Rosja nikogo nie zaatakuje" - pisze placówka, która dodaje, że Rosja ma "na swojej ziemi" suwerenne prawo do ćwiczenia wojsk.
Ambasada Rosji w Waszyngtonie wezwała USA do rezygnacji z planów wyposażenia Ukrainy w broń. Według placówki Stany Zjednoczone powinny wpłynąć na władze w Kijowie, aby te zaprzestały sabotować porozumienia mińskie - podała agencja TASS. Podpisane siedem lat temu umowy wprowadziły m.in. natychmiastowe zawieszenie broni w obwodach donieckim i ługańskim. Komentarz ambasady pojawił się w czasie gdy sekretarz stanu USA Antony Blinken przybył z wizytą do Kijowa, gdzie spotka się z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i szefem MSZ Dmytrem Kułebą, z którymi będzie rozmawiał o rosyjskim zagrożeniu.

Ambasada Rosji: Nie dla zachodniej broni na Ukrainie

"Jeżeli Stany Zjednoczone są naprawdę zaangażowane w dyplomatyczne wysiłki na rzecz rozwiązania konfliktu wewnątrzukraińskiego, powinny zrezygnować z planów dostaw nowych partii broni dla Sił Zbrojnych Ukrainy. Zamiast tego Waszyngton powinien wykorzystać swoje wpływy na władze ukraińskie, aby ich przekonać przestać sabotować porozumienia mińskie" - czytamy w oświadczeniu.
Komunikat zmieszczony na Facebooku wzywa także Stany Zjednoczone do "zakończenia histerii w sprawie Donbasu". Rosyjska ambasada odpowiada w ten sposób na wtorkowe komentarze Białego Domu, Departamentu Stanu i Pentagonu, które zwracały uwagę na "brak deeskalacji sytuacji na granicy rosyjsko-ukraińskiej" i ostrzegały przed możliwą inwazją na Ukrainę, która - zdaniem rzeczniczki Białego Domu Jen Psaki - może nastąpić "w każdej chwili".

Dyplomaci Kremla: "Rosja nikogo nie zaaakuje"

"Po raz kolejny podkreślamy: Rosja nikogo nie zaatakuje" - pisze ambasada. "Przemieszczanie wojsk na naszej własnej ziemi to nasze suwerenne prawo. Wzywamy do zaprzestania histerii i niepodnoszenia napięcia wokół Donbasu" - argumentuje przedstawicielstwo Kremla w Waszyngtonie. W oświadczeniu zaapelowano, aby "nie popychać 'gorących głów' w Kijowie do nowych prowokacji".

Według telewizji CNN władze USA zatwierdziły w ubiegłym tygodniu dodatkową pomoc wojskową dla Ukrainy, której wartość wynieść ma 200 mln dolarów. Według portalu Politico oznacza to "przeznaczenie z zapasów Pentagonu sprzętu o takiej wartości do kraju zagrożonego".

W odpowiedzi na te informacje rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Maria Zacharowa stwierdziła, że zwiększanie dostaw broni z Zachodu na Ukrainę prowadzi do wzrostu napięcia w regionie.

Oprac.: Łukasz Aftański
Świat
Dzisiaj, 19 stycznia (11:58)
Atak na Ukrainę "z bardzo krótkim wyprzedzeniem" - zdaniem sekretarza stanu USA Antony'ego Blinkena temu służy koncentracja rosyjskich wojsk przy granicy ukraińskiej. - Da to Władimirowi Putinowi możliwość podjęcia dalszych agresywnych działań przeciwko Ukrainie - oświadczył sekretarz stanu USA w środę w Kijowie.
- Wiemy, że są gotowe plany dalszego zwiększenia tych (rosyjskich) sił z bardzo krótkim wyprzedzeniem i to daje prezydentowi Putinowi możliwość, również z bardzo krótkim wyprzedzeniem, podjęcia dalszych agresywnych działań przeciwko Ukrainie - mówił Blinken podczas spotkania z pracownikami ambasady USA w Kijowie.
Jego wypowiedź przytacza agencja Reutera.

Napięcia USA-Rosja. Blinken z wizytą na Ukrainie

Sekretarz stanu USA wyraził nadzieję, że podczas piątkowego spotkania z szefem MSZ Rosji Siergiejem Ławrowem w Genewie strona rosyjska pozostanie na "dyplomatycznej i pokojowej ścieżce".

Blinken dodał, że prezydent USA Joe Biden polecił mu udać się do Kijowa, by potwierdzić amerykańskie zaangażowanie na rzecz Ukrainy.
Szef amerykańskiej dyplomacji przybył na Ukrainę w środę rano. W ramach wizyty w Kijowie spotka się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim i szefem MSZ Dmytrem Kułebą, z którymi będzie rozmawiał o rosyjskim zagrożeniu.

W czwartek Blinken poleci do Berlina, gdzie spotka się ze swoimi odpowiednikami z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji, by dyskutować o możliwej reakcji na wszelkie rosyjskie działania militarne przeciwko Ukrainie. W piątek w Genewie Blinken będzie rozmawiał z szefem dyplomacji Rosji Ławrowem.
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 558
Jak na razie, to Ukraina fika w stronę Polski i jako jedynemu państwu nie przepuszcza ładunków cargo. Mamy zablokowaną logistykę z Chin i Kazachstanu. WTF?

 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Też mnie to zastanawia.
Mają wyjątkowo kiepską sytuację na arenie międzynarodowej a dążą do tego, żeby sobie z nami psuć relacje w przededniu wojny.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Kiedy marzysz o Europie tysiąca Lichtensteinów a otrzymujesz propozycję Ukrainy tysiąca Donbasów...

O uznanie niepodległości dwóch prorosyjskich separatystycznych regionów we wschodniej Ukrainie domaga się grupa 11 rosyjskich deputowanych. Wezwali oni Dumę Państwową, aby ta zaapelowała w tej sprawie do prezydenta Rosji Władimira Putina — pisze w czwartek Agencja Reutera.
Wczoraj, 21:29
  • Zdaniem jednego z pomysłodawców, uznanie obwodów donieckiego i ługańskiego za niepodległe państwa dałoby Rosji pretekst do wkroczenia militarnego na te tereny w celu wsparcia rosyjskich separatystów
  • — W przypadku uznania niepodległości tych regionów wojna stanie się bezpośrednią koniecznością — powiedział deputowany Aleksandr Borodaj. Dodał, że "Rosja musiałaby wtedy wziąć na siebie pewne obowiązki w zakresie bezpieczeństwa"
  • Agencja pisze, że rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ostrożnie zareagował na pomysł uznania niepodległości Donbasu przez Putina. Powiedział, że to inicjatywa parlamentarna, która będzie wymagała głosowania
Jednym z pomysłodawców uznania Donbasu za niepodległy jest Aleksandr Borodaj, deputowany rządzącej, proputinowskiej partii Jedna Rosja. To były premier samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej w szczytowym momencie konfliktu w 2014 r., obecnie kierujący organizacją weteranów wojennych.

Zdaniem Borodaja uznanie obwodów donieckiego i ługańskiego za niepodległe państwa dałoby Rosji pretekst do wkroczenia militarnego na te tereny w celu wsparcia rosyjskich separatystów. Parlamentarzysta nie ukrywa, że byłaby to taka sama sytuacja, jak w 2008 r., gdy Rosjanie walczyli z Gruzją po wkroczeniu do separatystycznych republik Osetii Południowej i Abchazji.
— W przypadku uznania niepodległości tych regionów wojna stanie się bezpośrednią koniecznością — powiedział Borodaj. Dodał, że "Rosja musiałaby wtedy wziąć na siebie pewne obowiązki w zakresie bezpieczeństwa".
Agencja podkreśla, że uznanie przez Rosję niepodległości Donbasu pogrzebałoby mińskie porozumienia pokojowe z 2014 i 2015 r., które, choć wciąż nie zostały wdrożone, do tej pory były postrzegane przez Rosję, Ukrainę i rządy zachodnie jako najlepsza szansa na rozwiązanie kryzysu. Agencja przypomina też, że porozumienie z 2015 r. wzywało do samorządności obu regionów zgodnie z ukraińskim prawem.

Rosja: rzecznik Kremla odpowiada ws. niepodległości Donbasu

Olesja Wartanjan, specjalistka ds. Południowego Kaukazu w think tanku Crisis Group, zwraca uwagę, że w przypadku Gruzji Rosja wykorzystała uznanie separatystycznych regionów do usprawiedliwienia otwartej obecności wojskowej w sąsiedniej byłej republice sowieckiej i bezterminowo udaremniła aspiracje Gruzji do wstąpienia do NATO.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo.
Zaznacza jednak, że przejęcie przez Moskwę odpowiedzialności za dwa terytoria słabe gospodarczo i niemające perspektyw szerszego rozwoju, miało również poważny minus. — Tak naprawdę nie wiesz, co z nimi zrobić, ale nadal musisz je finansować, musisz zapewnić fundusze i od czasu do czasu musisz uporać się z ich wewnętrznymi kryzysami — powiedziała Wartanjan.
Dlatego, jej zdaniem, Kremlowi może bardziej opłacać się bezpośrednia aneksja Donbasu, jak zrobił to z Krymem w 2014 r., niż uznanie jego niepodległości.
Agencja pisze, że rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ostrożnie zareagował na pomysł uznania niepodległości Donbasu przez Putina. Powiedział, że to inicjatywa parlamentarna, która będzie wymagała głosowania, i nie może tego komentować, dopóki ten proces się nie zakończy.

Napięcie pomiędzy Rosją a Ukrainą rośnie. Pojawia się coraz więcej doniesień, że konflikt może wybuchnąć lada dzień. Polka studiująca w Ukrainie opowiedziała w rozmowie z Onet Podróże, jaka atmosfera panuje w ukraińskim społeczeństwie w związku z poważnym zagrożeniem militarnym.
Natalia Gomułka
Wczoraj, 17:21
  • Wokół Ukrainy zbiera się coraz więcej sił rosyjskich, a do ataku może dojść w każdej chwili
  • Jak mówi Polka studiująca w Ukrainie, obecnie życie toczy się normalnie. — Niektórzy Ukraińcy przyzwyczaili się do tego, że co jakiś czas Rosja zakłóca ich spokój — wyjaśnia
  • Studentka zaznacza, że wśród Polaków mieszkających w Ukrainie panuje niepokój. — Wiem, że wielu naszych znajomych spakowało bagaż z najpotrzebniejszymi rzeczami na wypadek, gdyby miało się coś wydarzyć, by być w gotowości do ucieczki — zdradza
  • Julia przyznaje, że życie w kraju, w którym konflikt wisi w powietrzu, nie jest łatwe, a z pozoru błahe sytuacje wywołują strach
Rzeczniczka Białego Domu Jen Psaki przyznała, że "rosyjskiego ataku można się spodziewać w każdej chwili". Co to może być jednak za atak? Wojskowi eksperci rozważają różne scenariusze. Może to być duża wojna, podczas której Rosja będzie chciała zająć Kijów i okupować kraj, mogą to być też mniejsze starcia, które nie przerodzą się w pełny konflikt zbrojny. Niektórzy z kolei twierdzą, że ostatecznie nie dojdzie do żadnych walk.

Jaka atmosfera panuje w ukraińskim społeczeństwie w związku z niepewną sytuacją? Opowiedziała nam o tym Polka mieszkająca w Ukrainie.

Wyjechała studiować do Ukrainy. "Nie spodziewałam się, że moje obawy staną się rzeczywistością"

22-letnia Julia wyjechała do Ukrainy w 2020 r. Przeprowadziła się tam, by móc studiować swój wymarzony kierunek. — Wybrałam Ukrainę, ponieważ jest to dobra opcja dla polskich studentów, żeby móc studiować kierunki medyczne. Na uczelnie w Polsce jest znacznie trudniej się dostać. Dodatkowo w Ukrainie opłaty za studia i koszty życia są znacznie niższe — wyjaśnia.
Julia zaznacza, że kiedy przeprowadzała się do Ukrainy, nie było słychać o żadnym konflikcie i nic nie stało jej na drodze, by tam wyjechać. — Kiedy powiedziałam rodzicom, że postanowiłam studiować w Ukrainie, byli trochę przerażeni. Wciąż pamiętali wydarzenia z 2014 r., kiedy to toczyła się wojna w Donbasie. Sama zastanawiałam się, czy na pewno będę czuła się tam bezpiecznie, z drugiej strony wiedziałam, że to moja jedyna szansa, by studiować stomatologię. Nie spodziewałam się, że moje obawy staną się rzeczywistością — wspomina.

"Starsi mieszkańcy wciąż pamiętają życie w ZSRR"

— Starsi mieszkańcy wciąż pamiętają życie w ZSRR przed odzyskaniem niepodległości. Niemal wszyscy wspominają też konflikt, który wybuchł w 2014 r. Chyba można powiedzieć, że niektórzy przyzwyczaili się do tego, że co jakiś czas Rosja zakłóca ich spokój — mówi.
Jak zauważa studentka, w społeczeństwie nie czuć atmosfery paniki. — Mieszkam około 600 km od Kijowa, więc trudno powiedzieć, jakie nastroje panują w stolicy. Na razie życie toczy się zupełnie normalnie. Wydaje mi się, że ten spokój Ukraińców wynika z tego, że po prostu przywykli do ciągłego "straszenia" ze strony Rosji. Zdecydowanie większy niepokój odczuwają młodzi mieszkańcy i obcokrajowcy. Często dopytujemy wykładowców na uczelni, co sądzą o obecnej sytuacji i do czego to wszystko może zmierzać — przyznaje Julia.

"Polacy w Ukrainie są przerażeni sytuacją"

Jak mówi Julia, Polacy w Ukrainie dużo rozmawiają między sobą na temat obecnej sytuacji. Niektórzy mają już nawet gotowy plan na wypadek konieczności ucieczki. — Z moich obserwacji wynika, że Polacy w Ukrainie są przerażeni sytuacją. Po pierwsze boimy się o własne bezpieczeństwo. Z jednej strony to dla nas abstrakcja, że któregoś dnia możemy obudzić się ze świadomością, że w miejscu, w którym obecnie mieszkamy wybuchła wojna, z drugiej jest to prawdopodobne. Wiem, że wielu naszych znajomych spakowało bagaż z najpotrzebniejszymi rzeczami na wypadek, gdyby miało się coś wydarzyć, by być w gotowości do ucieczki – wyjawia.
Polscy studenci obawiają się również o swoją edukację. Martwią się, co mogłoby się z nimi stać, gdyby doszło do ataku Rosji. — Wiem, że w 2014 r. polscy studenci byli przenoszeni na uczelnie do Polski. Nie wiadomo, co stałoby się tym razem — mówi Julia.

Jak wygląda życie w kraju, w którym konflikt wisi w powietrzu?

Julia przyznaje, że odkąd zrobiło się głośno o możliwym konflikcie zbrojnym, niektóre rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi, teraz budzą jej niepokój. — Wcześniej zupełnie nie zwróciłabym uwagi na dźwięk puszczanych petard, a kiedy ostatnio go usłyszałam, od razu przeszło mi przez myśl pytanie, czy wszystko jest w porządku. Niedaleko mojego mieszkania jest baza wojskowa i odkąd się tutaj wprowadziłam, widzę samoloty, które latają w ramach ćwiczeń. Teraz kiedy je zobaczę, czasem czuję niepokój. Mam świadomość, że jak tylko usłyszę, że coś niedobrego dzieje się na granicy, muszę spakować dokumenty, najważniejsze rzeczy i jak najszybciej dostać się do Polski — mówi.
— Poza tym życie toczy się normalnie i nie jest tak, że ciągle o tym myślę. Być może nie zdaję sobie sprawy ze skali zagrożenia, jakie może nadejść i dlatego jestem taka spokojna — dodaje studentka.
Jak mówi Julia, powoli szykuje się również na wyprowadzkę z Ukrainy. — Jestem przygotowana na to, że niebawem wróci nauka zdalna ze względu na pogarszającą się sytuację epidemiczną. Jeśli tak się stanie, wezmę jak najwięcej rzeczy, bo w razie wojny mogę już tutaj nie wrócić — tłumaczy.

Jak to może się skończyć?

O scenariuszach konfliktu Rosji z Ukrainą mówił gen. Mirosław Różański w rozmowie z portalem Business Insider.
– W szeroki konflikt zbrojny raczej wątpię. Rosja nie wytrzymałaby gospodarczej blokady, która byłaby tego efektem. Nie zrównoważyłby tego alians z Chinami, co najwyżej Rosja zostałaby państwem lennym Chin. A na pewno nie o to chodzi Putinowi – mówił Business Insiderowi gen. Różański.
Również inne kwestie sprawiają, że w wielką wojnę można wątpić. Rosja gromadzi wojska od wielu tygodni, przez co przy ewentualnym ataku nie byłoby właściwie żadnego zaskoczenia. Ukraina zdążyła przez ten czas ruszyć z dyplomatyczną ofensywą, do kraju trafił zachodni sprzęt, a nawet żołnierze. Wielu ekspertów uważa więc, że gdyby Putin naprawdę chciał zająć Kijów, starałby się uderzyć względnie szybko i niespodziewanie. Szacuje się też, że przy granicy jest ok. 100 tys. rosyjskich żołnierzy. To mogłoby być za mało, żeby pokonać Ukrainę.
Rosyjski prezydent nigdy nie ukrywał, że marzy mu się odbudowa dawnej potęgi ZSRR. Czy to wymaga jednak dużego konfliktu zbrojnego z Ukrainą? Zdaniem generała — niekoniecznie.
Jednocześnie trudno spekulować, co się stanie, jeśli Putin uzna, że podczas rozmów nie ugra wystarczająco. Czy wtedy jednak spełni się scenariusz wojenny? – Można sobie wyobrazić przeciąganie napięcia, które przeradza się w coś w rodzaju "zimnej wojny 2.0" – mówi generał.
 

NoahWatson

vaxinista
1 265
3 137
Ukraina: USA nakazują ewakuację rodzin amerykańskich dyplomatów
Departament Stanu USA nakazał, by w poniedziałek rozpocząć ewakuację rodzin pracowników amerykańskich placówek dyplomatycznych z Ukrainy - poinformowała w sobotę Fox News. W przyszłym tygodniu Departament Stanu ma również zachęcić Amerykanów do opuszczania Ukrainy lotami komercyjnymi, "póki te są jeszcze dostępne" - powiedział jeden z urzędników cytowany przez Fox News.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
Podobnie zareagowali Niemcy:


Dziennikarze starają się też tłumaczyć kolejne antyukraińskie posunięcia Niemiec interesami z Rosją, ale myślę, że tu dochodzi dodatkowy aspekt. Oni po prostu starają się doprowadzić do sytuacji, w której między UE a Rosją znikną wszystkie buforowe państewka, aby można było łatwiej używać rosyjskiego zagrożenia do centralizowania władzy w Unii.

Bez takiego straszaka nowozimnowojennego nie pchną tego do przodu, więc będą sabotować próby utrzymania Ukrainy jak tylko się da.

Idea coraz ściślejszej integracji UE dziś już wyblakła, ale niemiecki rząd zapisał ją nawet w umowie koalicyjnej - relacjonuje Deutsche Welle.
Partie koalicyjne SPD, Zieloni i FDP zobowiązały się do dalszego rozwoju Unii Europejskiej w kierunku "federalnego państwa europejskiego". Niezwykle ambitny cel na dziś. Żaden inny rząd europejski nie idzie tak daleko w swoich wizjach, jak Niemcy w swojej umowie koalicyjnej.
Wzniosłe wizje przyszłości Unii Europejskiej mają długą tradycję. Już w Traktacie Rzymskim z 1957 r. mówi się o "zdecydowanej woli położenia fundamentów pod coraz ściślejszą unię między narodami Europy". Również Traktat Lizboński z 2009 r. wzywa do "coraz ściślejszej unii". Jacques Delors, przewodniczący Komisji Europejskiej w latach 1985-1995, uważał, że Europa musi iść coraz dalej w kierunku integracji, porównując ją do roweru. "Zatrzymaj go, a się przewróci".
Dziś rzadko słyszy się taką pełną afirmację dla europejskiej integracji. Wręcz przeciwnie, wyjście Wielkiej Brytanii dwa lata temu było najsilniejszym jak dotąd jej odrzuceniem.

Koniec wielkich wizji

Ale nie tylko Brytyjczycy są eurosceptyczni. W marcu 2018 r. premier Holandii Mark Rutte powiedział w Berlinie: "Istnieje ta narracja o nieuchronności ściślejszej współpracy w europejskim państwie federalnym. Nie podoba mi się ten straszny język o coraz ściślejszej unii". Rutte mówił o "romantycznej" wizji unii politycznej, z którą nie chce mieć nic wspólnego.
Nawet były przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk powiedział w 2016 r. na spotkaniu europejskiego biznesu: "Nie jest właściwą odpowiedzią na nasze problemy forsowanie pełnych zachwytu i w istocie naiwnych euroentuzjastycznych wizji całkowitej integracji, niezależnie od tego, jak dobre intencje mają ich orędownicy. Po pierwsze dlatego, że jest to po prostu niemożliwe, a po drugie dlatego, że promowanie tej wizji paradoksalnie służy jedynie wzmocnieniu nastrojów eurosceptycznych, nie tylko w Wielkiej Brytanii".
Akurat Holendrzy i Francuzi, którzy kiedyś byli szczególnie proeuropejscy, odrzucili konstytucję europejską w referendach już w 2005 r. To był sygnał, że większa integracja już nie odzwierciedla woli większości w ich krajach. Wiele rządów prawicowo-populistycznych lub koalicji z ich udziałem, na przykład na Węgrzech i w Polsce, również odrzuciło ten pomysł.

Federalnej Europy "właściwie nikt nie chce"

Zatem zapis w umowie koalicyjnej na temat europejskiego państwa federalnego należy do odważnych. Politolog Johannes Varwick z Uniwersytetu w Halle podsumowuje w wywiadzie dla DW: - Jeśli partie rządzące rzeczywiście w to wierzą, to w obliczu realiów europejskiej polityki szybko się to nie uda. Właściwie nikt w Europie tego nie chce.
Głosowanie w sprawie brexitu było główną inspiracją dla prawnika Daniela Roedera do założenia inicjatywy obywatelskiej Puls Europy, która chce nadać nowy wymiar idei europejskiej, nie poprzez polityków i funkcjonariuszy, ale przez zwykłych obywateli. Roeder powiedział DW, że jest zaskoczony zapisem na temat państwa federalnego w umowie koalicyjnej.
Nikt nie musi go przekonywać o sensie dalszej integracji. - Kiedy uświadomimy sobie, że nie możemy rozwiązać wielkich problemów, czyli zmian klimatycznych, migracji, pandemii, konfliktu z Rosją itd. jako pojedyncze państwa narodowe i nie chcemy zostawiać wszystkiego Chinom czy USA, potrzebujemy dalszej integracji europejskiej - mówi Roeder. Jednak europejskie państwo federalne to jego zdaniem niekoniecznie jest to, do czego "koniecznie" należy dążyć.

Europa lub państwo, w zależności od tematu

W niektórych obszarach UE już bardzo mocno zbliżyła się do państwa federalnego, na przykład poprzez wspólny rynek wewnętrzny lub w handlu zagranicznym. W innych dziedzinach jednak państwa nie zrzekły się suwerenności i co najwyżej są gotowe do koordynacji i współpracy ze sobą.
Stało się to ponownie bardzo jasne w walce z pandemią: polityka zdrowotna jest sprawą poszczególnych państw, na co jedni narzekali, a inni przyjmowali z zadowoleniem. Z drugiej strony UE utworzyła ogromny wspólny fundusz pomocowy w celu złagodzenia gospodarczych skutków restrykcji.
Jednocześnie fundusz ten pokazuje, jak kontrowersyjne mogą być wspólne projekty. Szczególnie gdy chodzi o pieniądze, pojawia się pytanie: kto płaci, kto korzysta? W bogatych krajach UE regularnie pojawia się widmo unii transferowej, czyli wsparcia finansowego dla biedniejszych państw. Już samo to jak dotąd zdusiło w zarodku ideę federalnej Europy.

Problem "kury i jajka"

Johannes Varwick, przy całym swoim sceptycyzmie wobec idei państwa federalnego, przyznaje, że tej wizji nie należy całkiem porzucać. Z kolei Daniel Roeder z Pulsu Europy nie czuje potrzeby posiadania długoterminowego celu, jakim jest europejskie państwo federalne. Jest jednak przekonany, że tak czy inaczej nie jest to możliwe bez dalszego rozwoju.
Roeder uważa, że UE jest obecnie "kruchą konstrukcją, która jest zdolna do działania tylko w ograniczonym zakresie". Tylko wtedy, gdy będzie w stanie odgrywać bardziej efektywną rolę w globalnej grze sił, jej akceptacja wzrośnie zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. I to jest właśnie typowy problem, co było pierwsze - kura czy jajko. - Bez akceptacji (integracji europejskiej) nie ma dalszego rozwoju, a bez dalszego rozwoju nie ma akceptacji. Musimy przezwyciężyć ten dylemat, w przeciwnym razie obawiam się złych rzeczy dla Unii.
Redakcja Polska Deutsche Welle
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 820
25 335
ohnoes, muh olympics!

Sytuacja na granicy rosyjsko-ukraińskiej jest coraz bardziej napięta. W tym czasie Xi Jinping i Władimir Putin odbyli kolejną rozmowę telefoniczną. Przywódca Chin miał poprosić Putina, aby ten wstrzymał się z inwazją na terytorium Ukrainy, ponieważ mogłoby to zaszkodzić organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie — donosi agencja Bloomberg.
Wczoraj, 20:11
Podczas wcześniejszej rozmowy przywódców w połowie grudnia, Xi Jingping nazwał Putina "starym przyjacielem", a rosyjski lider pochwalił ich "odpowiedzialne i wspólne podejście do rozwiązywania pilnych problemów globalnych". W tym czasie Rosja systematycznie gromadzi coraz większe siły przy granicy z Ukrainą.
Jednak konflikt w Ukrainie jest mocno nie na rękę Pekinowi. Rozpoczęcie inwazji w samym środku igrzysk może wywołać duże problemy dla Xi Jinpinga, ponieważ Chiny mogą zostać wciągnięte w dyplomatyczną walkę, gdzie będą zmuszone do opowiedzenia się po jednej ze stron, co może mieć w przyszłości poważne konsekwencje dla Państwa Środka.

Jak wynika z informacji, które przekazuje Bloomberg, Xi miał poprosić Putina, by ten nie dokonywał inwazji na Ukrainę podczas igrzysk, ponieważ miałoby to być szkodliwe dla obu liderów. Ambasada Chin w Rosji zaprzecza tym doniesieniom, dodając, że Pekin opowiadał się za rozwiązaniem problemów w sposób pokojowy.

Przestrzeganie jednej z głównych zasad igrzysk

14 stycznia chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwróciło uwagę na jedną z najważniejszych zasad wokół organizacji igrzysk — bowiem wszystkie kraje powinny przestrzegać tradycyjnej rezolucji ONZ o rozejmie olimpijskim "od siedmiu dni przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich do siedmiu dni po zakończeniu igrzysk paraolimpijskich".
Oznacza to okno rozciągające się od 28 stycznia do 20 marca. Według analityków, cytowanych przez Bloomberga, odłożenie inwazji do drugiej połowy marca, byłoby dla Moskwy niekorzystne i utrudniłoby szybkie postępowanie wojsk. Sponsorowana przez Chiny rezolucja ONZ została przyjęta w drodze konsensusu w zeszłym miesiącu, a przedstawiciel Rosji wezwał wszystkie narody do przestrzegania rozejmu.
Dalsza część artykułu znajduje się poniżej materiału wideo:

Rosyjskie agresje w czasie igrzysk

Konflikty i akcje zbrojne wokół Igrzysk Olimpijskich miały już wpływ na działania dyplomatyczne Moskwy. W 2008 r. ku niezadowoleniu Pekinu wojna Rosji z Gruzją wybuchła w dniu ceremonii otwarcia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Państwie Środka. Wówczas Putin szybko zakończył swoją wizytę dyplomatyczną i wrócił do domu, aby kierować operacjami wojskowymi.
Natomiast kilka dni po tym, jak prezydent Rosji był gospodarzem ceremonii zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2014 w Soczi, na których organizację wydał rekordowe 50 mld dol., siły rosyjskie rozpoczęły operację aneksji Krymu z Ukrainy, ignorując oburzenie państw zachodnich, które byli licznie reprezentowane w trakcie zawodów.

Były szef NATO: znając Putina, szanse na dyplomatyczne rozwiązanie kryzysu są bardzo małe

Jaap de Hoop Scheffer, były minister spraw zagranicznych oraz sekretarz generalny NATO w latach 2004-2009 przyznał, bazując na osobistych kontaktach z Władimirem Putinem w czasach, kiedy kierował Sojuszem Północnoatlantyckim, że szanse na dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu między Ukraina a Rosją są bardzo małe.
— Holandia powinna też przygotować ewakuację ambasady z Kijowa, aby uniknąć chaosu, jaki miał miejsce latem w Kabulu — podkreślił w czasie rozmowy holenderski polityk, przypominając, że USA i Niemcy już rozpoczęły przygotowania do szybkiej ewakuacji swoich placówek w bezpieczne miejsce.
— Trzeba mieć wszystko przygotowane logistycznie, pamiętając o Kabulu i Afganistanie, gdzie wszystko poszło nie tak — powiedział de Hoop Scheffer, obwiniając za obecny kryzys prezydenta Rosji Władimira Putina.

Pokój olimpijski to ważna sprawa - wiadomo, ale cisza nocna to jednak większe osiągnięcie etatyzmu. Ponieważ te wszystkie wojny są na ogół bardzo głośne, zwłaszcza gdy się wykonuje ostrzał artyleryjski albo bombardowania dywanowe, wypadałoby poprosić Putina, aby nie toczył wojny w czasie trwania ciszy nocnej.

;)
 

Alu

Well-Known Member
4 580
9 474
A skąd Bloomberg wie o czym gadał Putin z Puchatkiem przez telefon?
Była jakaś oficjalna informacja dla prasy, że tematem było ohnoes muh olympics?
 
Do góry Bottom