Decentralizacja

72o

New Member
95
3
Jedną z największych przeszkód, wydaje mi się być, obecna struktura i styl życia społeczeństw. Życie skupione w dużych ośrodkach miejskich jest łatwe do sterowania i kontrolowania.

Praca dla tych samych dużych korporacji (lub bezpośrednio dla państwa), kilkaset centrów handlowych, kilkadziesiąt sieci hipermarketów, jeszcze mniej banków i instytucji finansowych – tak wygląda życie w Polsce i w całym cywilizowanym świecie.

Także styl życia ludzi nie sprzyja wolności. Nowoczesny europejczyk, nie posiadający żadnych umiejętności, poza wąską specjalizacją, utrzymujący 3-dniowy zapas żywności, a do obrony posiadający, co najwyżej, najnowszy model iPhone-a, zrobi wszystko aby podtrzymać system przy życiu. Praca do 67, 70 czy 75 roku życia, to żaden problem, kiedy do wyboru ma się śmierć głodową lub z rąk szabrowników (lub tak się myśli – za co odpowiada też kilka korporacji, właścicieli kilku tv, gazet i portali internetowych).

Co, gdyby zamiast tego istniało 50 tys. agor – małych, zdecentralizowanych, lokalnych rynków? Czy państwu wystarczyłoby funkcjonariuszy, by je wszystkie kontrolować? Wątpliwe. Na pewno, byłoby to dużo trudniejsze. Czy obecna scentralizowana struktura społeczeństw (duże miasta), w dobie internetu i telefonii komórkowej, jest niezbędna?

IMG_2339.JPG
 

Północny

Active Member
92
148
Ogólnie to panuje postawa "Nie jest przecież aż tak źle, da się przecież żyć". Ludzie myślą, że tak ma być i dlatego nie chcą zmian. Poza tym w ogóle nie widzą przyczyn tego co się dzieje.

Do powstania agor potrzeba ideowców, a następnie mas, które widziałyby w tym zysk. Dlatego nie powstanie ich od razu 50, a te pierwsze najmniejsze mogą zostać szybko zlikwidowane przez władze.
 
D

Deleted member 427

Guest
Agory takie nie powstaną w ramach obecnego systemu, bo to, co by się w nich odpierdalało, byłoby po całości nielegalne i sprzeczne z konsensusem aksjologicznym UE. Przykładem jest choćby Księstwo Sealandu, z którym nikt nie chciał współpracować w obawie przed atakiem odwetowym marynarki wojennej WB i USA:

odrzucenie możliwości istnienia tego państwa przez amerykański sąd, zmniejsza szanse na powodzenie jego działalności. Opiera się ona bowiem na przechowywaniu na serwerach umieszczonych na platformie treści, które są zabronione prawem brytyjskim.

https://libertarianizm.net/thread-2023.html
 

Avx

Active Member
825
167
Miasto nie wyklucza decentralizacji, samo z siebie. A ma wiele plusów. Obecnie, ze względów zawodowych; mieszkam w dziurze, w której nic się nie dzieje. Miasto jest jednak ciekawsze. Jasne, że są tam biurokraci, komuchy i inne zwierzęta. Ale rynek też jest większy.

Miasta byłyby zajebiste po wyplenieniu komuszej zarazy.
 

Peterus

New Member
75
4
Ja się nie przeprowadzę do takiej agory nawet gdyby była wolnościowa. Właśnie z powodu różnych innych licznych zalet urbanizacji.

Gdyby zmniejszyć specjalizację i cofnąć urbanizację to po za utrudnieniem roboty władcy, trzeba by oddać sporo jakości życia i wydajności. Specjalizacja i podział pracy są przecież podstawowymi cechami kapitalizmu. Ja zbieram jeżyny bo lubie zdzierać sobie po krzakach kolana, a ktoś inny łowi ryby bo jest w tym dobry + wymiana = znacznie lepsza sytuacja obu stron. Być może współcześnie poszło to trochę za daleko (albo przynajmniej brakuje jakiś wentyli bezpieczeństwa), ale jak już cofać - to jak daleko? Teoretycznie od ponad 1000 lat jesteśmy uzależnienie od wyspecjalizowanej ekonomii (mniej lub bardziej).

Swoją drogą technologia informacyjna już doprowadziła do poluźnienia centralizacji. Jak dojdą drukarki 3d (dobrej jakości, tak żeby metalową część można było w 3d printshopie na rogu zamówić, a nie tylko brzydkie plastikowe elementy) i jakaś forma vertical farm to nawet przy bardzo dużej urbanizacji ludzie będą o wiele mniej zależni od całej poplątanej sieci globalnej ekonomii. Np gdybyśmy mogli samemu zrobić sobie w domu system aeroponicznej uprawy roślin, robić proste rzeczy i części do urządzeń to podstawowe potrzeby będą "zabezpieczone". Bez konieczności zaorania całej Ziemi i zabudowania jej suburbią 50tys wioch...
 
A

Anonymous

Guest
Właśnie dzięki nowym technologiom, zwłaszcza internetowi decentralizacja może postępować. Miasto już nie jest tak atrakcyjne jak dawniej. Większość rzeczy możemy załatwić przez internet. Do miasta jedziemy albo do szpitala( są też w miasteczkach), na jakiś koncert, albo jak nas urząd wzywa. Muzykę, filmy i książki kupimy i pobierzemy przez internet. Podobnie zamówimy ubrania, części samochodowe, czy co tam jeszcze. Nawet samo państwo podkłada się tworząc elektroniczne urzędy. Wielu ludzi pracuje przez internet, mając pracodawcę po drugiej stronie globu. Co do rozrywki to wiele dzieje się w małych miasteczkach; dyskoteki, festyny, zabawy w remizach, występy undergroundowych zespołów( rock, metal, hip-hop, didżeje) w pubach i klubach. Jak ktoś jest złakniony wyższej kultury, to może pójść sobie na wernisaż lokalnych artystów do domu kultury.

Rozwijając lokalne inicjatywy sprawiamy, że prowincja staje się atrakcyjniejsza.

Gdzieś czytałem, że po wojnie w zachodniej Europie zaczęły się migracje do metropolii i dużych miast, za pracą, etc. W Polsce to się ponoć obserwuje od zakończenia komuny. Ale kto się dorobi w mieście, to się buduje na wsi i dojeżdża własnym samochodem.

Należy też zbadać zagadnienia związane z gigantycznymi suburbiami w USA, post-car city i migracjami z metropolii na prowincje.

Kurcze kilka miesięcy temu czytałem newsa, że Nowy Jork ze względu na koszty traci młodych profesjonalistów. Japiszoni zaczęli wybierać średniej wielkości miasta. Nie mogę tego znaleźć, myślałem, że mam w zakładkach.
 

ford

Active Member
314
32
Państwu i wielkim korporacją zawsze wystarczy funkcjonariuszy, wszyscy będą przymierać głodem, ale i tak będą kontrolowani, aby przypadkiem nie mieli szans na prowadzenie czegoś z własnej inicjatywy, co nie jest po myśli rządzącym.
Większy pochłania mniejszego, a konkurencja jest natychmiast topiona, trzeba się zastanowić jak temu zapobiec, bo z tych 50 tys. agor po jakimś czasie któraś zacznie dominować i przejmować kolejne, lub celowo topić wszystkie mniejsze. Łatwiej i przyjemniej jest żyć w dużym mieście, gdzie istnieją jakieś rozrywki, centra handlowe, niż w podupadającym PGRze. Ci co "uciekają" z miasta i tak w razie czego, mają jakieś mieszkanie w mieście, które przeważnie wynajmują.
 
D

Deleted member 427

Guest
"Podupadający PGR" to rozumiem synonim wszystkiego, co znajduje się poza miastem?
 

ford

Active Member
314
32
Najwięcej bogatych ludzi mieszka po za miastem, ale dla osób bez kapitału miasto jednak jest bardziej interesujące w Polskich warunkach.
 
D

Deleted member 427

Guest
ford napisał:
Najwięcej bogatych ludzi mieszka po za miastem, ale dla osób bez kapitału miasto jednak jest bardziej interesujące

Miasta to siedliska zła i rozpusty. Wie o tym każdy nielicencjonowany taksówkarz:

taxi_driver.jpg


;)

Premislaus napisał:
Kurcze kilka miesięcy temu czytałem newsa, że Nowy Jork ze względu na koszty traci młodych profesjonalistów. Nie mogę tego znaleźć, myślałem, że mam w zakładkach.

Wyjeżdżają na południe, kierunek Teksas i Floryda. Miasta w Teksasie są ponoć na pierwszym miejscu w rankingu amerykańskich miast, jeśli chodzi o warunki życia i napływ młodych ludzi w wieku od 25-35 lat: http://www.google.com/hostednews/epa/ar ... 8354703271
 

alfacentauri

Well-Known Member
1 148
2 009
Decentralizacja na wesoło. W Krytyce Politycznej jakaś tęga głowa zaproponowała swój własny model decentralizacji:

W przygotowanej przez nas Karcie Wojewódzkiej proponujemy na przykład, by województwo mogło dowolnie kształtować stawki danin lokalnych i ulg od nich oraz przeniesionych na poziom wojewódzki podatków PIT i CIT. Pod warunkiem jednak, że zmiany te nie będą skutkować zmniejszeniem dochodów województw. Będą za to mogły skutkować ich zwiększeniem.”
https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-samorzady-panstwo-jan-smolenski/

Wiadomo o tym, że wielu libertarian popiera decentralizację do tego stopnia, że jest w stanie poprzeć nawet socjalistycznych separatystów. Ciekawe jak ci libertarianie podejdą do tego pomysłu swobody do ustalania podatków PIT i CIT przez województwa w wersji zaproponowanej w KP?
 

inho

Well-Known Member
1 633
4 356
Decentralizacja na wesoło. W Krytyce Politycznej jakaś tęga głowa zaproponowała swój własny model decentralizacji:

W przygotowanej przez nas Karcie Wojewódzkiej proponujemy na przykład, by województwo mogło dowolnie kształtować stawki danin lokalnych i ulg od nich oraz przeniesionych na poziom wojewódzki podatków PIT i CIT. Pod warunkiem jednak, że zmiany te nie będą skutkować zmniejszeniem dochodów województw. Będą za to mogły skutkować ich zwiększeniem.”
https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-samorzady-panstwo-jan-smolenski/

Wiadomo o tym, że wielu libertarian popiera decentralizację do tego stopnia, że jest w stanie poprzeć nawet socjalistycznych separatystów. Ciekawe jak ci libertarianie podejdą do tego pomysłu swobody do ustalania podatków PIT i CIT przez województwa w wersji zaproponowanej w KP?

Imho, to nie jest plan decentralizacji tylko udawania decentralizacji. Województwa miałyby mieć możliwość swobodnego decydowania tylko w kwestiach takich jak aborcja, w której autor uważa, że jakakolwiek zmiana jest korzystna. W pozostałych miałaby być możliwość zmiany tylko w jednym kierunku - ograniczona albo poprzez bezpośredni zakaz (jak w przypadku dochodu województw), poprzez instytucjonalne ograniczenia, albo poprzez centralną redystrybucję majątku (od poprawnych do niepoprawnych ideologicznie).

Sens decentralizacji jest w tym, że ma umożliwiać współistnienie różnych koncepcji oraz możliwość wyboru lepszej. Ta wydmuszka decentralizacji z zasady nie umożliwia wyboru lepszej tylko wyłącznie poprawnej wedle z góry założonej ideologii. To jest próba stworzenia równi pochyłej, po której system musi się stoczyć w konkretną stronę. Ja popieram model, który umożliwia każdemu regionowi zmiany w dowolną, wybraną lokalnie stronę.

Patologię zaprezentowanego modelu i ułomność umysłową autora widać na przykład po tym, że w ogóle nie liczy się jakość usług dostarczanych ludziom tylko jakość usług świadczonych przez instytucje publiczne. Z tego wynika, że nawet gdyby sektor prywatnej służby zdrowia w pewnym województwie dostarczałby najlepsze i najtańsze dla wszystkich usługi, przy czym sektor publicznej służby zdrowia nie istniałby, to, wedle zaprezentowanego modelu, musiałby zmienić system na wzór tych działających gorzej, wbrew woli i interesom ludzi.

Ten artykuł to kolejny dowód na to, że czego się komuchy dotkną, to zamieniają to w g... - nawet ideę decentralizacji poprzez swoje dodatkowe regulacje potrafią zeszmacić. :)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 277
23 304
Decentralizacja na wesoło. W Krytyce Politycznej jakaś tęga głowa zaproponowała swój własny model decentralizacji:

W przygotowanej przez nas Karcie Wojewódzkiej proponujemy na przykład, by województwo mogło dowolnie kształtować stawki danin lokalnych i ulg od nich oraz przeniesionych na poziom wojewódzki podatków PIT i CIT. Pod warunkiem jednak, że zmiany te nie będą skutkować zmniejszeniem dochodów województw. Będą za to mogły skutkować ich zwiększeniem.”
https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-samorzady-panstwo-jan-smolenski/

Wiadomo o tym, że wielu libertarian popiera decentralizację do tego stopnia, że jest w stanie poprzeć nawet socjalistycznych separatystów. Ciekawe jak ci libertarianie podejdą do tego pomysłu swobody do ustalania podatków PIT i CIT przez województwa w wersji zaproponowanej w KP?
Ten sam pomysł w Wyborczej:

Prof. Kisilowski: PiS już nie przegra wyborów. Kaczyński ma w ręku piekielnie skuteczną innowację polityczną
Grzegorz Sroczyński 01.07.2019 12:03

[...]Półtora roku temu stu naukowców i ekspertów o bardzo różnych poglądach politycznych postanowiło wspólnie przygotować program „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”. W marcu tego roku zrobiliśmy oficjalną konferencję, ogłosiliśmy szczegóły tego pomysłu, zaczęliśmy chodzić po mediach i o tym opowiadać. Kilka partii się zainteresowało, niedawno w Sejmie bardziej konserwatywni koledzy z naszej grupy mieli konferencję z PSL i Kukiz’15. Dla Platformy napisałem społecznie analizę pokazującą, jak nasz pomysł decentralizacji można wcielić w życie w wariancie bardzo szerokiej koalicji - od lewicy do konserwatystów. A potem nagle fotografię mojej notatki pokazały „Wiadomości”, przedstawiając to jako tajny plan rozbioru Polski.

Przecież ja jestem politycznie nikim, outsiderem! Napisałem jeden kwit dla PO na temat czegoś, o czym publicznie mówię od dawna. I jest z tego raban. To co nas spotkało, ta fala hejtu, że jesteśmy „zdrajcy Polski”, to nieprawdopodobne.

I co z tego wynika?

Że trudno do prawicy wyciągać rękę, bo istnieje jakiś rodzaj bezwzględności po tamtej stronie.

„Zdecentralizowana Rzeczpospolita” miała być taką wyciągniętą do zgody ręką. Przecież nie ma lepszej propozycji dla prawicy, niż nasz pomysł! Bawaria, Austria, Stany Zjednoczone - tylko w krajach mocno zdecentralizowanych wartości konserwatywne są obecne w życiu publicznym i dobrze współistnieją z demokracją.

Państwa centralistyczne w kwestii wartości mogą iść w dwóch kierunkach: konserwatywnego zamordyzmu, jak w Turcji, albo totalnej liberalnej rewolucji, jak w Irlandii. Jeśli ktoś jest przyzwoitym krakowskim konserwatystą i nawet dostrzega, że PiS szybkimi krokami zmierza w stronę modelu tureckiego, a jednocześnie druga strona proponuje mu liberalną rewolucję na wzór irlandzki, to niestety może wybrać Turcję. Nasz pomysł polega na tym, żeby konserwatyście polskiemu dać jakąś trzecią drogę - na przykład Bawarię.

Tyle że oni nie chcą rozmawiać, wolą nas utopić w szambie.

[...]

Dlaczego liberalna demokracja na całym świecie ma kłopoty?

Bo liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych - bo to są dla mnie po prostu prawa człowieka. A jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają.

Ale co znaczy, że liberałowie poszli za daleko?

Przede wszystkim udało nam się z niemal żelazną konsekwencję wprowadzić w dyskusji publicznej prymat racjonalnego argumentu. Eksperci, naukowcy, liczby - to rozstrzygało w liberalnej demokracji. Bardzo trudno racjonalnie uzasadnić, dlaczego dwóch gejów nie może adoptować dziecka. Konserwatywne think tanki wydały miliony dolarów na przekonywanie, że u dzieci w takich związkach występują problemy rozwojowe. W końcu zrobiono badania naukowe, które są dla konserwatystów bezlitosne: nie ma żadnych różnic w przystosowaniu społecznym między dziećmi wychowanymi przez pary homoseksualne i heteroseksualne.
Istnieje mocna tradycja w świecie zachodnim - tradycja konserwatywna. I ona nie uznaje zasady, że każdy argument wywiedziony racjonalnie jest słuszny. Bo ważniejsza jest na przykład tradycja, nawet irracjonalna, albo słowo boże. Tymczasem stronie postępowej udało się tak ustawić zasady gry, że racjonalny argument stał się jedynym, który ma prawo rozstrzygać w polityce. Nawet konserwatyści musieli się do tego dostosować i zamiast powiedzieć, że w coś wierzą, to tworzą teorie naukowe. Te zasady gry faworyzują naszą stronę.

Faworyzują?

Konserwatyści już na starcie stają na przegranej pozycji, bo jeżeli twoje poglądy wynikają z przesłanek religijnych, a musisz je uzasadniać naukowo, no to wychodzą z tego potworki, takie jak „bruzda dotykowa” u dzieci z in vito. Dlatego wśród konserwatystów pojawił się pomysł, żeby zmienić zasady, wywrócić stolik i z liberalną demokracją w ogóle zerwać.
Uważam, że decentralizacja jest najlepszym wyjściem z tego pata. Sprawy, w których odejście od racjonalności nie spowoduje katastrofy na skalę globalną, a w polskich warunkach nie spowoduje utraty niepodległości, trzeba po prostu zdecentralizować. Niech będą decydowane na niższym poziomie. I wtedy w systemie może funkcjonować mnóstwo sprzeczności, które nie zagrażają istnieniu państwa, ani spójności społecznej.
Michał Kulesza i Jerzy Regulski, ojcowie polskiej reformy samorządowej, zawsze twierdzili, że decentralizować należy sprawy najmniej kontrowersyjne - drogi i chodniki. A tymczasem trzeba robić odwrotnie - zdecentralizować sprawy budzące największe spory.

Zdecentralizować aborcję?

Też. Chociaż w tej sprawie są istotne różnice wsród twórców projektu „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”, więc wypowiem się tutaj we własnym imieniu. Moim zdaniem im więcej oddamy samorządom spraw, które dziś rujnują życie polityczne na poziomie państwa i powodują nieustanną wojnę o wszystko, tym dla państwa będzie lepiej. Chodzi o to, żeby nie było dyktatu, że wszystko wiedzą eksperci, a obywatel nie ma nic do powiedzenia.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 277
23 304
Czyli Rzeszów przegłosowuje sobie zakaz aborcji, a Warszawa pełną liberalizację?

Zakaz aborcji na Podkarpaciu akurat już mamy, w 2017 roku w Polsce wykonano niewiele ponad tysiąc legalnych aborcji, w tym ani jednej na Podkarpaciu. A w całym kraju dzieli nas od całkowitego zakazu jedno orzeczenie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”. Także zostawmy już tę aborcję i popatrzymy systemowo: chodzi nie tylko o przeniesienie znacznej części prawodawstwa do województw, ale i o stworzenie mechanizmów, by nie przenieść do stolic województw patologii z ulicy Wiejskiej. Żeby wojewódzkie prawo miejscowe nie było tworzone, tak jak nowelizacje ustaw, w jedną noc.

Aby mieszkańcy mieli wpływ na ten proces, chcemy stworzyć senat wojewódzki, w którym zasiadają prezydenci, burmistrzowie oraz wójtowie z głosem ważonym do reprezentowanej populacji. Zgoda tego senatu byłaby potrzebna do wejścia w życie każdej uchwały wojewódzkiej. W ten sposób osiągamy równowagę między liberalnymi prezydentami dużych miast, a bardziej konserwatywnymi wójtami i burmistrzami z mniejszych ośrodków.

I niech się kłócą?

Niech decydują i szukają kompromisów. Dzisiaj prawie całe prawo jest ogólnopolskie i stanowione w Sejmie na Wiejskiej. Tymczasem Konstytucja wymienia tzw. akty prawa miejscowego, które - obok ustaw - są źródłem prawa w państwie. My proponujemy, żeby prawo miejscowe znacznie szerzej wykorzystać. Żeby duża część prawa powstawała w sejmikach województw pod mocną kontrolą obywatelską.

Na przykład prawo aborcyjne?

Owszem. Ale to moje zdanie.

A kto by decydował, czy w szkołach jest edukacja seksualna?

Sejmik i senat wojewódzki.

Religia w szkole?

Sejmik i senat wojewódzki.

Czyli w Warszawie religia znika ze szkół, a w świętokrzyskim nie ma w szkołach edukacji seksualnej?

Owszem, jeśli tak zdecydują lokalne władze. Przy czym może się zdarzyć, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast zrzeszeni w senacie wojewódzkim wymogą zróżnicowanie w ramach jednego województwa. Na przykład religii nie ma w Poznaniu, a w Wielkopolsce - jest. Bo marszałek województwa, chcąc zdobyć poparcie prezydenta Poznania w senacie wojewódzkim, namówi mniejsze ośrodki, żeby w stolicy regionu religię odpuściły.

A centralnie na poziomie całego państwa co zostaje?

Emerytury, ubezpieczenie zdrowotne, obrona narodowa, bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka energetyka i ekologia, infrastruktura, sprawy zagraniczne i przede wszystkim efektywniejszy głos w Unii Europejskiej, policja, sądy i inne niezależne instytucje. A także rodzaj krajowej polityki spójności, wyrównującej szanse między województwami. Nawet w najbardziej ambitnym wariancie naszego pomysłu, aż 60 proc. wydatków publicznych zostaje w centrum.

Płacę minimalną kto ustala?

Sejmik i senat wojewódzki.

Wysokość podatku PIT?

Tak samo.

No to zaraz będziemy mieli podatkowy wyścig do dna. Województwa będą konkurować między sobą w obniżkach, żeby ściągnąć inwestorów.

Zgoda. Wyścig do dna to realne zagrożenie. Dlatego obowiązywałaby zasada, że województwo może podatki podnieść, ale nie może ich obniżyć. Dzisiaj funkcjonuje tzw. wieloletnia prognoza finansowa jednostek samorządu terytorialnego. Więc można ustalić, że sejmik i senat wojewódzki nie może obniżyć swoich wpływów poniżej tych zaakceptowanych w prognozie. Niech województwa wprowadzą bardziej progresywne podatki, bo dziś mamy absurdalną sytuację, że bogaci płacą niższe stawki niż biedni.

Lewica też totalnie skrytykowała wasz pomysł. „To ostatnie podrygi zdychającego neoliberalizmu” - ktoś napisał.

Nie cała lewica. Ale rzeczywiście, niektórzy się obawiają, że decentralizacja pogłębi nierówności, czyli że zamożniejsze regiony będą sobie lepiej radzić, a biedniejsze zostaną bez kasy, infrastruktury i inwestycji.

No i?

Nasz projekt dałby lewicy szansę, żeby oprócz publikowania bardzo słusznych tekstów w „Krytyce Politycznej”, mogła przejąć w jakimś województwie np. regionalne ministerstwo polityki społecznej. Bo rośnie nam całe pokolenie Polaków, którzy nie widzieli nawet, jak w praktyce wyglądają rządy lewicy.

A kto miałby odpowiadać za jakość służby zdrowia?

Ubezpieczenie zdrowotne zostałoby na poziomie centralnym, bo to jest ważny aspekt redystrybucji w państwie. Już teraz algorytm rozdzielający pieniądze na zdrowie dosypuje biedniejszym regionom kosztem bogatszych. I tak by zostało. Natomiast za jakość usług zdrowotnych będą odpowiadały województwa. Powstałaby instytucja, która działa w Niemczech i Szwajcarii - kolegium województw. W ramach tego kolegium ministrowie zdrowia z poszczególnych regionów ustalaliby wspólnie standardy zdrowotne. Dlaczego mieliby to robić gorzej, niż minister Szumowski zza biurka w Warszawie?

Premier Cameron w Wielkiej Brytanii w ramach projektu „Big Society” zepchnął masę zadań na głowy samorządów, za czym nie poszły wystarczające pieniądze z budżetu. Więc skończyło się cięciami, kolejkami w przychodniach, szpitalach, tłokiem w szkołach, a po paru latach wkurzeniem obywateli na całą klasę polityczną i brexitem.

Dobrze, zgoda. Takie rzeczywiście są zagrożenia decentralizacji, ale przecież można uniknąć tych błędów. Tyle że o detalach „Zdecentralizowanej Rzeczpospolitej” ani lewica, ani prawica nie chcą dyskutować, tylko odpowiadają obelgami lub sloganami. Istnieją przykłady systemów mądrze zdecentralizowanych - Szwecja, Niemcy oraz Unia Europejska - które większą swobodę polityczną regionów przekuły na większą skłonność do solidaryzmu społecznego. Dlaczego Zachód chce płacić na Polskę albo Bułgarię w ramach Unii? Bo było to połączone z ważnymi dla Zachodu kwestiami politycznymi.
Dla progresywnych Polaków ważna jest wolność i swoboda obyczajowa. Jeśli więc im powiemy, że spójność społeczna jest podatkiem za tę wolność, to przynajmniej mamy jakiś argument.

Czyli ja sobie miło mieszkam w Warszawie, gdzie w szkołach są lekcje tolerancji i nie ma szczucia na gejów, a w Świętokrzyskiem zakazuje się teorii ewolucji i wprowadza obyczajowy zamordyzm.

Właśnie nie! To jest pańska wizja konserwatystów jako troglodytów, nieprawdziwa. W konserwatywnych regionach państw, które są mądrze zdecentralizowane, wcale tak się nie dzieje. W Bawarii, owszem, jest bardzo konserwatywnie, i to może niektórym doskwierać, ale nie ma zakazywania teorii ewolucji i nie ma oszołomstwa. Bo w zdecentralizowanym systemie jest dużo mniejsza skłonność do radykalizmu. To co obecnie powoduje radykalizm, to zbliżona wielkość dwóch obozów i konieczność pełnej mobilizacji. W państwie centralistycznym walka toczy się o wszystko. A jak nie walczymy o wszystko - bo w liberalnej Warszawie może być jedno prawo, a na konserwatywnym Podlasiu inne - to nie ma powodu do radykalizmu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 277
23 304
Czyli żebym dobrze zrozumiał: pomysł jest taki, że w jednym województwie aborcja jest zakazana i grożą za nią trzy lata więzienia, a w innym mamy kliniki aborcyjne?

Pan znowu o aborcji! W Polsce przy obecnym systemie prawnym raczej tak się nie da zrobić. Ale owszem, mogłoby to tak wyglądać - według mnie. Natomiast większość członków stowarzyszenia „Zdecentralizowana Rzeczpospolita” mówi tak: spróbujmy zwiększyć rolę prawa miejscowego w sprawach spornych, ale mniej emocjonujących, niż aborcja. W kwestii gimnazjów, szkół dla sześciolatków, może związków partnerskich. I zobaczmy, jak to będzie działać. Jesteśmy przekonani, że będzie działać lepiej, bo w systemie zdecentralizowanym radykalizmu będzie mniej niż obecnie.

Sytuacja, że w jednym województwie aborcja jest zakazana, a w Warszawie dopuszczalna, nie zadowoli konserwatystów.

Ależ konserwatyści będą mogli przekonywać do zakazu aborcji we wszystkich województwach! Podobnie jak progresywiści do prawa do aborcji. Argumentacja, że akurat w kwestii aborcji czy związków partnerskich powinniśmy bezwzględnie stosować logikę „wszystko albo nic”, prowadzi do absurdalnych wniosków. Bo dlaczego z tą logiką mielibyśmy zatrzymać się na Polsce? Może konserwatysta powinien powiedzieć: jeśli zakaz aborcji, to tylko ogólnoeuropejski? A progresywista powinien odparować: ponieważ prawa człowieka są powszechne, to żadnego wprowadzania małżeństw jednopłciowych tylko we Francji, dopóki ostatnie państwo nie uzna praw osób LGBT!

Tak czy siak obie strony ideowego sporu z waszych pomysłów są niezadowolone.

A ja uważam wręcz przeciwnie! Uważam, że w sytuacji obecnego klinczu i obiektywnych różnic między Polakami, nasza propozycja to wręcz jedyna alternatywa dla autorytaryzmu. Oczywiście kluczem do zmiany jest to, czy Polacy uwierzą, że bez jakiegoś rozsądnego kompromisu między postępowcami i konserwatystami, naprawdę możemy mieć tu państwo autorytarne. To jest ostatni dzwonek.

Ostatni?

Być może PiS już nigdy nie przegra wyborów. Na to się zanosi.

Bez przesady.

Tak samo mówili na Węgrzech moi studenci za pierwszej kadencji Orbana: bez przesady, niech się opozycja ogarnie i wygra z Orbanem. Nie rozumieli istoty wyborczego autorytaryzmu. On się instaluje powoli i sprytnie.

W Polsce nie będzie żadnego autorytaryzmu, wyborczego czy niewyborczego, bo jest podział pół na pół. Większość miast jest antypisowska, elity są mocno antypisowskie, istnieją duże środowiska, gdzie bycie pisowcem jest wręcz obciachem. Owszem, PiS rządzi i zagarnia coraz więcej, ale ta druga strona też ma ogromną siłę. I władza nie może zepchnąć opozycji do żadnego getta.

Nie docenia pan siły oportunizmu. Na Węgrzech wszystko się zmieniło w drugiej kadencji. Owszem, na razie każdy może sobie kalkulować, że jak będzie nawalał w PiS, a za chwilę wszystko się odwróci, to zostanie bohaterem. Dostanie medal kombatancki i to mu w czymś pomoże. Jeżeli ta nadzieja zniknie, to mnóstwo ludzi zacznie zmieniać zdanie. Oczywiście nie będzie tak, że przyjdą do pana znajomi i nagle powiedzą, że Kaczyński jest wspaniały. Będą mówić tak samo, jak dziś mówią elity w Budapeszcie: „Oh, ten naród jest tak głupi, że tylko nacjonalistyczny zamordyzm na niego działa”. Będą się podśmiewać z Kaczyńskiego czy Orbana, a potem brać od nich kontrakty. Bo w demokratycznym autorytaryzmie władza nie potrzebuje aplauzu, tylko oportunizmu. Pragmatycznej kooperacji. To zresztą już się dzieje. Jak wygląda sytuacja sędziów powoływanych do sądów powszechnych przez tzw. „KRS”? Zostali powołani przez ewidentnie niekonstytucyjne ciało, ale nie wszystkich spotyka negatywna ocena środowiska. Nawet liberalne media mówią co najwyżej o “wątpliwościach dotyczących ich wyboru”.
Elity społeczne to są ludzie, którzy maja dużo do stracenia. I nie mogą za bardzo z kraju wyjechać. Elity tak naprawdę są mało mobilne.

Elity są mało mobilne? Przecież to elity znają języki, jeżdżą na Zachód, mają kontakty i nie muszą się bać.

I co z tego, że znają języki? Pan jest mobilny? Napisze pan po angielsku ten wywiad tak samo sprawnie jak po polsku? Pozna pan tak dobrze brytyjską albo amerykańską politykę, żeby dobry felieton dla Anglika o tym napisać? Facet pracujący w fabryce przy taśmie jest bardziej mobilny od pana.
Elity mają tu swoją pozycję, znajomości, zasługi, historię. A tam musiałyby sobie wyrabiać nazwiska do zera. I to elity będą się dostosowywać do wyborczego autorytaryzmu najszybciej. Oczywiście będą to robić tak, żeby dysonans poznawczy nie był zbyt duży.

To wielki mit, że Polska jakoś świetnie się broni przed zmianą systemu politycznego. W Turcji strona progresywna trzymała się mocniej, tureckie sądy przez prawie dekadę nie dawały się złamać, a u nas już po trzech latach mamy rozszczelnienie. W styczniu nowe stanowiska będą do obsadzenia w Trybunale, za chwilę Gersdorf pójdzie na emeryturę…

No dobrze, ale jak by pan wytłumaczył normalnemu obywatelowi, że ma się tej zmiany systemu politycznego bać? Co w wyborczym autorytaryzmie będzie takiego dotkliwego? Czy niepisowski obywatel będzie mógł nadal czytać opozycyjną gazetę? Tak. Czy będzie mógł wyjść na ulicę i protestować? Owszem. Więc w zasadzie co on traci?

Najważniejszym problemem jest to, że wyborczy autorytaryzm sprzyja nadużyciom władzy. W pewnym momencie pojawia się zięć Erdogana, który zostaje ministrem finansów. Początkowo władza musi się trochę hamować, a później te hamulce puszczają, bo brakuje mechanizmów kontrolnych, a do dyspozycji są instrumenty, których być może na początku władza nawet nie chciała używać, ale jak na przykład przyjdzie jakiś kryzys i niezadowolenie społeczne, to użyje. „Powiem pani sędzi przy kolejnym obiedzie, jaki wyrok będzie w interesie Narodu Polskiego” - tak to działa. Władza pozbawiona kontroli zaczyna szaleć i pojawiają się działania nawet kompletnie niezwiązane z ich oficjalną ideologią, tylko z walką o wpływy i pieniądze.

No ale co to obchodzi obywatela, który nie pisze felietonów, nie bierze grantów od państwa, nie prowadzi teatru, nie zależy od dotacji?

Nie pisze felietonów, nie bierze dotacji, ale na przykład jego nieruchomość sąsiaduje z nieruchomością teściowej sekretarza PiS-u, który bardzo chce tę nieruchomość tanio przejąć. Albo wybudować obok fermę norek. Albo jest pan lekarzem i miał niefart operować żonę wiceprezesa. Z punktu widzenia życia w takim kraju każdy może mieć przechlapane. Przecież 99 proc. ludzi w peerelu też żyło bez specjalnych zatargów z władzą, a jednak mieli dość tego systemu i totalnej bezkarności władzy.

A jak się kończy wyborczy autorytaryzm? Od czego upada?

Tego nie wiemy. Od momentu, kiedy ta innowacja ustrojowa dostała do dyspozycji media społecznościowe i inne narzędzia technologiczne, nie było jeszcze przypadku definitywnej przewrotki. W Istambule mamy jaskółkę nadziei, ale nie wiadomo, jak to się dalej potoczy. Dlatego tak bardzo się o Polskę boję. Być może gdyby Urban z Jaruzelskim mieli do dyspozycji media społecznościowe, to by rządzili do dziś.

***

Maciej Kisilowski jest profesorem prawa i zarządzania publicznego na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (Jeszcze! Wkrótce Uniwersytet - z powodu szykan Orbana - przeprowadza się do Wiednia), jest też członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Prof. Kisilowski jest też członkiem Concilium Civitas, będzie go można posłuchać na zjeździe CC 9-10 lipca w Warszawie.
 

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 740
8 141

DeFi złotym dzieckiem Internetu 3.0

Znajdujemy się w kluczowym momencie w historii rozwoju Internetu. A DeFi jest symptomem prawdziwej rewolucji od usług scentralizowanych do zdecentralizowanych.

Cichy bohater rewolucji

Zdecentralizowane finanse eksplodowały w ciągu ostatnich 16 miesięcy. Sukcesy w wymianie, stakingu i farmingu były świetną reklamą rynku kryptowalut. Kapitalizacja rynkowa DeFi osiągnęła ponad 110 miliardów dolarów, a całkowita wartość zamrożona w DeFi (TVL) wynosi prawie 60 miliardów dolarów. To wzrost z 600 milionów dolarów w styczniu 2020 roku, o sto razy.

Podobnie jak w przypadku wszystkich powstających technologii, nowe pieniądze napływające do sektora przyciągają talenty, innowacje i najlepszych przedsiębiorców. Czy nam się to podoba, czy nie, rekordowo wysokie ceny tokenów przyciągną również uwagę mediów głównego nurtu i Wall Street. Ten koktajl czynników, w połączeniu z blichtrem i urokiem DeFi, jest wynikiem prawdziwego, cichego bohatera, który umożliwia przepływ tego tsunami kapitału. Bez tego DeFi nie byłoby możliwe – mowa oczywiście o infrastrukturze, na której opiera się zdecentralizowany Internet, czyli Web 3.0.

W chwili pisania tego tekstu, wartość pożyczek udzielonych przez DeFi są warte miliardy jak nie dziesiątki miliardów USD. Miesięczny wolumen zdecentralizowanej wymiany wynosi około 100 miliardów dolarów. Obecnie istnieje ponad 400 zdecentralizowanych aplikacji, a nowatorskie projekty ogłaszane są codziennie. Największe projekty w przestrzeni DeFi mają imponujące statystyki: Compound posiada aktywa zamrożone u siebie o wartości 11 miliardów dolarów, które przynoszą odsetki na wielu rynkach, Uniswap przetwarza transakcje o wartości ponad miliarda USD dziennie, a największa kapitalizacja rynkowa osiągnęła prawie 20 miliardów USD.

Idea kryptowalut

Liczby są imponujące i stale rosną. DeFi jest na skraju przełamania głównego nurtu, ponieważ widzimy coraz więcej poważnych inwestorów instytucjonalnych angażujących się w przestrzeń. Jednakże, prawdziwa adopcja DeFi nastąpi tylko wtedy, gdy zobaczymy, że coraz bardziej scentralizowane finanse przerzucają się na własne łańcuchy bloków.

Na przykład Uniswap i Curve szybko rywalizują pod względem wolumenu na najlepszych giełdach. Ci zautomatyzowani animatorzy rynku wzmacniają pozycję osób fizycznych, umożliwiając im handel bez narzutu scentralizowanych giełd i umożliwiając im uczestnictwo w pulach płynności. Użytkownicy mogą teraz zostać animatorami rynku, eliminując pośredników i czerpać większe zyski z alokacji swojego kapitału. DeFi świętuje swój sukces, doskonały przykład tego, do czego zaprojektowano kryptowaluty, odcięcia się od pośredników i tworzenia finansów po swojemu.

Żegnaj stary Internecie

DeFi nie byłoby możliwe bez Internetu, jakim go znamy. Przyglądając się starszej wersji Internetu, widzimy, jak centralizacja, nadzór i hacki Web 2.0 dają władzę niewielkiej mniejszości. Widzimy, jak rozgrywa się to w branży fintech, a aplikacje do online tradingu były ostatnim głośnym i niechlubnym przykładem ograniczania naszych swobód. Przyjęcie DeFi sygnalizuje odejście od tradycyjnych instytucji, ponieważ duże społeczności gromadzą się, aby budować na czymś innym: zdecentralizowanej infrastrukturze Web 3.0.

Jesteśmy świadkami nie tylko powstawania nowego centrum finansowego, ale także nowej gospodarki, nowych zawodów i nowych przedsiębiorstw. To powiedziawszy, pozostaje jeszcze przed nami długa droga. DeFi co prawda puka do drzwi mainstreamu ale miną jeszcze lata zanim usłyszą o tym nasi rodzice. Jednakże, coraz więcej programistów Web 2.0 napływa do Web 3.0 z firm, w których wcześniej pracowali nad scentralizowanymi systemami, sprzedając dane lub wysyłając reklamy do swoich użytkowników. Ekosystem Web 3.0 dostarczony przez Ethereum, Polkadot czy Cosmos daje programistom możliwość budowania na zdecentralizowanej infrastrukturze, o której wiedzą, że zawsze tam będzie, koncentrując się na wrażeniach użytkownika i interfejsie aplikacji przyjaznym dla odbiorcy.

Internet 3.0 to przyszłość

Blockchainy są integralną częścią przyszłości Internetu. To jest fundament, na którym zostaną zbudowane nowe pomysły. Pojawią się modele biznesowe, które mogą istnieć tylko na blockchainach, dając możliwości ludziom, którzy inaczej nigdy nie mieli szansy na lepsze życie. W tej zdecentralizowanej przyszłości opartej na łańcuchu bloków nie będzie pojedynczego punktu awarii jak to jest dzisiaj w scentralizowanych organizacjach.

Ethereum jest wyraźnie wiodącym narzędziem umożliwiającym rozwój DeFi, który znajduje się w czołówce ewolucji Web 3.0. Szacunki mówią, że Ethereum ma kilku krotnie więcej programistów niż jakikolwiek inny ekosystem kryptograficzny, a mniej więcej połowa wszystkich funkcjonujących zdecentralizowanych aplikacji na rynku opiera się na sieci Ethereum. Ethereum prawdopodobnie pozostanie największym ekosystemem dzięki rozwiązaniom skalującym, a także innym dwóm warstwom. Kompatybilność będzie nadal funkcjonować w Ethereum, utrudniając innym konkurowanie, a tokeny ERC-20 prawdopodobnie pozostaną standardem w ekosystemie, tak jak ma to miejsce dzisiaj.

Multiblockchainowość

To powiedziawszy, będziemy żyć w przyszłości z wieloma blockchainami. Nie będzie jednego łańcucha, który będzie rządził nimi wszystkimi; interoperacyjność blockchainu będzie kluczem do wspierania następnej sieci. Ta przyszłość multi-blockchain zainspiruje następną generację aplikacji. Będzie więcej opakowanych zasobów, funkcjonalnych tokenów, aplikacji do gier i prywatności, które nie są powiązane tylko z jednym łańcuchem.​


Gwałtowny wzrost DeFi udowodnił, że łańcuchy bloków są doskonałym narzędziem do odkrywania cen. W tym miejscu ważna jest kompatybilność cross-blockchainowa. Bez warstw, które łączą łańcuchy bloków, prawdziwe odkrycie ceny nie byłoby możliwe.

Era innowacji i wolności

Podstawowa infrastruktura, która została wdrożona w 2020 r., ma kluczowe znaczenie dla interoperacyjności blockchainów. Przeniesienie aplikacji w kierunku weryfikowalnych, zdecentralizowanych danych i odejście od zastrzeżonych interfejsów API spowoduje wzrost możliwości integracyjnych.

Zdecentralizowana sieć stawia na głowie ideę firm z listy Fortune 500. Protokoły pozwolą ludziom pracować dla pomysłów, nie tylko firmom. Podstawowe warstwy są budowane pod kątem nowej sieci i interakcji ludzi w sieci. Ta nowa sieć nagrodzi kreatywność i zainspiruje przedsiębiorców. Decentralizacja daje każdemu możliwość zmiany świata. Nastąpi era innowacji, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a wszystko sprowadza się do white paperu opublikowanego w 2008 roku przez anonimowego autora.

Nie w pełni zrozumieliśmy, ile miejsca na rozwój jest dzięki Web 3.0. Twórcy Web 2.0 mają teraz zdecentralizowaną infrastrukturę, na której mogą opierać się i tworzyć nowe modele biznesowe – modele, które stawiają użytkownika na pierwszym miejscu, szanują prywatność i promują przedsiębiorczość. Jeżeli im się uda to Internet nowej generacji będzie już faktem.
 
111
63
Nastawienie na stopniowe osiąganie swoich celów niesie za sobą dwa działania: 1) tworzenie instytucjonalnej podstawy dla nowego społeczeństwa w ramach już istniejącego; i 2) stopniowe ograniczanie państwa poprzez zewnętrzne naciski i tworzenie alternatywnych form organizacji do momentu, w którym państwo całkowicie zaniknie.
Wolne społeczeństwo nie może polegać na zastąpieniu starego porządku przez »nowy porządek«; wolne społeczeństwo rodzi się z rozszerzania sfery wolnych działań aż do chwili, gdy stanowią one większą część życia społecznego”
Rothbard cytował i zachwalał Leonarda Reada, który głosił, że jeśli mielibyśmy magiczny przycisk, który eliminuje za jednym naciśnięciem wszystkie struktury państwowe, należałoby go bez wahania nacisnąć. Ale powinno być oczywiste, że bez względu na to czy ktoś akceptuje zasadność gradualistycznego podejścia, nie uda się zlikwidować państwa w trybie natychmiastowym. I nawet jeśli mielibyśmy „magiczny przycisk”, który cudownie sprawiłby, że wszyscy urzędnicy, broń i budynki państwowe zniknęłyby, jaki byłby rezultat? Jeśli większość ludzi nadal miałaby etatystyczne przekonania i gdyby nie istniały żadne alternatywne wolnościowe instytucje, które mogłyby przejąć rolę państwa, jeszcze bardziej autorytarne państwo szybko wyłoniłoby się z próżni.
Pytanie na ile współcześni ludzie (libtarianie i nie tylko) są w stanie ograniczyć swoją interakcję z przejawami państwowości do minimum i żyć tak jakby państwa nie było? Chyba jedynie prepersi i inni survivalowcy są najlepiej do tego przygotowani.
Też dlatego dla niektórych idee libertariańskie są niewiarygodne bo sami libtarianie nie potrafią w zgodzie z nimi żyć. Nie potrafią dać dobrego przykładu że poza tym co przez państwo kontrolowane też da się żyć i też tam jest życie.
 
Do góry Bottom