"Anarchiści" film

A

Antoni Wiech

Guest
W jednym z niezamieszkałych budynków Berlina wybucha bomba. Ślady prowadzą do działającej w latach 80., znanej organizacji anarchistycznej. W związku z zaistniałą sytuacją sześciu członków tej grupy postanawia się spotkać. 12 lat temu byli młodzi i pełni szlachetnych, choć naiwnych ideałów. Teraz jako dorośli ludzie muszą uporać się z niełatwą przeszłością i dokonać rozrachunku ze swoim życiem

TV 4 – 21:00, 30.07.2009

Nie wiem, nie znam, nie widziałem, ale może zobaczę jak będą się uporywać z przeszłością :D
 

tolep

five miles out
8 594
15 496
(a, szukałem odpowiednego watku, znalazłem ten. Reportaż, film, prawie jedno i to samo ;)

Duży Format
Lenin na zesłaniu. Hugo-Bader robi audyt u anarchistów
Jacek Hugo-Bader
24 kwietnia 2017 | 00:03

5 ZDJĘĆ

Wojtek i Leszek (z lewej) na początku lat 90. To czasy, gdy Leszek był zmorą grudziądzkich stróżów prawa (Fot. Jacek Hugo-Bader)

========

Wszyscy święcie uwierzyli, że bojówka Piotra jest inspirowana, finansowana i szkolona przez zagranicznych terrorystów - pisałem 25 lat temu w reportażu "Samotność rewolucjonistów". Dzisiaj odkrywam, że anarchiści ciągle tu są.

Samotność rewolucjonistów. Historia jedynej w Polsce anarchistycznej organizacji stosującej przemoc

Po kilku miesiącach fedrowania wychodzi, że muszę ich szukać po śmietnikach, na cmentarzu, w getcie, na Brooklynie i na oddziale zamkniętym. I jeszcze wychodzi, że są dużo bardziej samotni niż kiedyś. Rozpaczliwie, można nawet powiedzieć – śmiertelnie samotni.

Anarchista Leszek

Anarchista Leszek
(film) http://wyborcza.pl/10,82983,21677973,anarchista-leszek.html

Kolektyw
To koedukacyjny oddział. W męskiej toalecie prawie za każdym razem spotykam kogoś, kto się onanizuje. Energicznie, namiętnie, dziko, z westchnieniami i przewracaniem oczami.

To widać, bo kabiny na wszelki wypadek kuse, tylko body, środek ciała przysłaniają, więc jak ktoś onanizuje się na stojaka, można mu spojrzeć głęboko w oczy i nie ma żadnych wątpliwości, po co tam sterczy tak długo. Pod rezerwuarem.

Bo na tym oddziale dolnospłuki są wysoko nad głową, tak jak je wieszali w latach 60. i 70., problem tylko z tym, że do takiej instalacji potrzebny jest sznurek albo łańcuszek do spuszczania wody. Ale to przecież oddział psychiatryczny, tylko patrzeć, jak ktoś za jego pomocą targnie się na życie, więc wszystkie sznurki zmienili na kije do szczotek. No i po wszystkim trzeba pociągnąć za drewienko.

Na tym właśnie oddziale odnajduję Piotra.

Po śmietnikach w poszukiwaniu butelek, kartonu i puszek po piwie hula Leszek.

Na cmentarzu jest Romek.

Wojtek w życiowej próżni.

Grzesiek w getcie, to znaczy na najsłynniejszej ulicy krakowskiego Kazimierza, gdzie Steven Spielberg kręcił najwspanialsze sceny swojego najważniejszego filmu.

A Brooklyn, według jej mieszkańców, to najmniej elegancka i najstarsza dzielnica Grudziądza, z którego pochodzi prawie cały ten kolektyw. Kolektyw – ulubione słowo anarchistów.

Było ich kilkanaścioro, dziewczyn i chłopaków.

Wojtek był ich ideologiem, intelektualistą, nauczycielem i redaktorem wydawanej przez nich gazety „Socrealizm”. Piotrek był liderem, inspiratorem, bo to on stworzył organizację, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że był jej przywódcą. U anarchistów takiego nie ma.

Romek zwany „Umkiem”, co po rosyjsku znaczy – Mądrala, był najbardziej wyrywnym ze wszystkich i szalonym wykonawcą ochotnikiem. Chłopak gorączka po prostu. Groźny szajbus, a łyżkę do końca życia trzymał całą garścią jak dzieciuch.

W paczce był także Grzesiek, zwany „Studentem”, bo zanim go wylali, studiował filozofię i teologię w Prymasowskim Instytucie Kultury Chrześcijańskiej w Bydgoszczy.

Jeszcze Leszek, który był dwa razy starszy od wszystkich załogantów. Miał 40 lat, gdym u nich był w 1992 roku, i już wtedy uchodził za najbarwniejszą postać w mieście – zaniedbany, nieogolony, z gorejącym wzrokiem, najczęściej na rauszu, ale w niedzielę mył się, golił, wyciągał z szafy garnitur, białą koszulę i próbował być normalny.

Anarchiści w Polsce. Dwie plastikowe butelki, świeczka w pudełku po pizzy i nieufność do władzy. Tyle wystarczy, by stać się wrogiem publicznym

Ogień
Trudno teraz powiedzieć, który pierwszy zaczął z nim eksperymentować. Pewnie Romek.

W końcu lat 80. został wywalony ze szkoły za rozlepianie ulotek i natychmiast trafił do wojska. Ogłosił głodówkę. Żądał przyznania służby zastępczej, a skierowano go do szpitala psychiatrycznego w Elblągu, gdzie orzeczono reakcję dezadaptacyjną. Dostał odroczenie, a kiedy po roku chcieli wcielić go ponownie, w lokalu Wojskowej Komendy Uzupełnień oblał się substancją łatwopalną, ale nim udało mu się zapalić zapałkę, rozpuszczalnik wywietrzał. Dostał jednak kolejne odroczenie i tak dotrwał do 1989 roku, kiedy wprowadzono ustawę o zastępczej służbie wojskowej.

Na jesieni 1991 roku Romek trafia do aresztu oskarżony o próbę podpalenia budynków WKU i Żandarmerii Wojskowej w Grudziądzu, do czego ochoczo natychmiast się przyznał, a za co grozi kara więzienia nie mniejsza niż trzy lata. Byli już wtedy bojówką Ludowego Frontu Wyzwolenia, grudziądzkim oddziałem istniejącej w Gdańsku od ponad roku organizacji. Przedstawicielka Frontu w rozmowie telefonicznej z mediami poinformowała, że zamachowcy są organizacją, która metodami terrorystycznymi sprzeciwia się dominacji państwa nad jednostką.

W areszcie Romek natychmiast podjął głodówkę, domagał się statusu więźnia politycznego. Prokurator obiecał zwolnienie, pod warunkiem że zaniecha protestu. Zaniechał i wyszedł po dwóch miesiącach, ale już miał to, czego każdy szanujący się anarchista potrzebuje najbardziej – więziennego doświadczenia w życiorysie. Wpakował się sam do kryminału, bo koniecznie chciał być wreszcie pełnowartościowym rewolucjonistą, bohaterem romantycznym.

To on przywiózł do Grudziądza Piotra, chłopaka z jedną klasą zawodówki i kursem kelnerskim z Łukowa na Podlasiu, którego spotkał w Trójmieście, w anarchistycznym skłocie.

Tam na przełomie 1989 i 90 roku rozpoczęła się historia jedynej w Polsce organizacji stosującej przemoc. Jej założycielem był Piotr, który kilka miesięcy wcześniej dołączył do gdańskich anarchistów, głodem zatrzymujących budowę elektrowni atomowej w Żarnowcu.

Poznańscy anarchiści. Dymią w sprawie Czeczenii, Iraku, eksmisji. Policja ich zatrzymuje. A sądy niezmiennie uniewinniają

Piotr
Miał 20 lat, pracował trochę jako ekspedient, sanitariusz, kelner i dużo podróżował. Utrzymywał, że miał kontakty z arabskimi organizacjami terrorystycznymi, że w Syrii przeszedł szkolenie w ich obozach. Wszystko to sprawiło, że w Gdańsku wokół niego zebrała się grupa młodych ludzi. 2 czerwca 1990 roku zaczęli działać. Z czarnymi kominiarkami na twarzach obrzucili konsulat radziecki w Gdańsku butelkami zapalającymi – to była akcja odwetowa za zamordowanie przez KGB ukraińskiego anarchisty Piotra Siudy. Prokuratura nie wykryła sprawców.

Podobnie było w przypadku tzw. rajdu gdańskiego, kiedy w proteście przeciwko podwyżkom cen biletów odpalili granat łzawiący w budynku Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych, podłożyli domowej produkcji bombę w toalecie redakcji „Głosu Wybrzeża”, który po akcji pod konsulatem nazwał ich chuliganami, i na koniec rzucili granat łzawiący w budynku LOT, protestując w ten sposób przeciwko lotom tej linii do Izraela.

Po rajdzie grupa przyjęła nazwę Ludowy Front Wyzwolenia, świadomie zapożyczając nazwę od terrorystycznej, marksistowsko-leninowskiej organizacji Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Jedno Piotrowi udało się na pewno: wszyscy w Gdańsku uwierzyli, że jego grupa jest inspirowana i finansowana przez zagranicznych terrorystów, z działań operacyjnych Urzędu Ochrony Państwa wynikało jednak, że to wszystko bajki niedojrzałego chłopaka.

Lider Frontu został aresztowany 7 stycznia 1991 roku, po akcji na konsulat Izraela. Wrzucił granat łzawiący do pomieszczeń sekcji wizowej.

Nie uciekał. Spokojnie czekał, aż go aresztują. Sprawę przejął UOP.

Piotr zostaje zwolniony z aresztu po dziesięciu miesiącach i właśnie dopiero wtedy dociera do Grudziądza i uaktywnia grupę Romka, Wojtka, Leszka i Grześka. Poza atakiem z butelkami zapalającymi na Żandarmerię Wojskową i WKU podłożyli niezbyt potężne bomby pod sklepem mięsnym i w budynku PKS-u, gdzie wybuch sprawił, że wypadła jedna szyba.

Akcje były protestem przeciwko temu, że w obu tych miejscach podniesiono ceny. Kilka dni później na schodach w swoim bloku Wojtek ostatni raz miał okazję widzieć się z rodzicami, którzy przed laty wyjechali za granicę. Właśnie wpadli na krótko do kraju spotkać się z synem, a jego policja sprowadza skutego kajdankami do radiowozu. Był drugim oskarżonym o rzucanie butelek zapalających na WKU.

Rewers. Hugo-Bader sprawdza jak się wiedzie byłym esbekom
 

tolep

five miles out
8 594
15 496
Leszek
Grudziądz. Tam ciągle jak kogoś nie możesz znaleźć, nie zaglądasz do Facebooka, tylko jak w XIX wieku chodzisz po ulicach i pytasz o Leszka od surowców wtórnych z radzieckim rowerem Ukraina, okropnie odrapaną damką ze skórkowanym siodełkiem, dzwonkiem i dwoma koszami. Wszyscy ich tu znają, więc wreszcie trafiasz na kogoś, kto wie, na jakiej mieszkają ulicy, tam pytasz w sklepie, pokazują ci kamienicę, gdzie zagadujesz jegomościa, który w towarzystwie pelargonii wisi w oknie z łokciami na parapecie.

– Mieszka pod ósemką, ale gdzieś wyjechał – mówi.

– Niemożliwe – ja na to. – Rower stoi pod drzwiami, a bez niego nigdy się nie rusza.

– Ale on wyjechał osobiście, a nie z rowerem.

– Niemożliwe. – I drę się na całą kamienicę: – Leszek!

A on wychyla się z mieszkania na piętrze i zaprasza do swojej sąsiadki, bo jego mieszkanie to lodowata nora bez toalety, straszliwy rewolucyjny nieład, anarchistyczny bajzel, syf i malaria pełna zwisających kabli, brudnych statków, szmat, gołych żarówek, butów nie do pary. A u sąsiadki w jednym pokoju napalone. Pani Erna ma niemieckie korzenie, łazienkę i kilkanaście lat więcej od Leszka. Razem kupują jedzenie, węgiel, razem skręcają papierosy z tytoniu na wagę, ale nie są parą, tylko anarchistyczną komuną bez przywództwa.

– Opłacalność jest – mówi Leszek. – Kilogram tytoniu starcza nam na trzy miesiące, a w łazience nie próbuj spuszczać wody, bo zakręcona na zimę. Rury pękają od mrozu.

– To jak się kąpiecie?

– Kąpiel? – dziwi się i robi minę, jakby miał zaraz zwymiotować. – A cóż to za burżujskie przesądy?

W latach 90. ubiegłego stulecia Leszek był zmorą grudziądzkich stróżów prawa. Potrafi wbić się w swój elegancki, niedzielny zestaw i zmusić naczelnika miejscowego więzienia do poszukiwania wśród jego podopiecznych więźniów politycznych albo w środku nocy postawić policję na równe nogi telefonem, że do miasta zbliżają się uzbrojone grupy anarchistyczne z zamiarem wysadzenia w powietrze ratusza. Rodzice Leszka zginęli w wypadku, kiedy miał 18 lat, więc wychowanie i utrzymanie młodszego rodzeństwa spadło na jego barki. Zmienił szkołę na wieczorową i pracował. Był nauczycielem angielskiego, matematyki, historii i wuefu, recenzentem teatralnym, sędzią piłki ręcznej, sprzedawcą, mleczarzem, handlowcem, dużo jeździł po świecie, w Związku Radzieckim rozładowywał wagony z węglem, a w katowickim Giszowcu był górnikiem dołowym w kopalni Staszic, potem instruktorem kulturalno-oświatowym w Domu Górnika należnym do tej kopalni.

Poza tym Leszek skakał o tyczce w II lidze lekkoatletycznej. W Grudziądzu nie było drugiego tyczkarza, więc wystawiali jego, choć nigdy nie doskoczył trzech metrów. – Tyle co dzisiaj skacze się bez tyczki – komentuje Leszek.

Kiedy rodzeństwo dorosło i usamodzielniło się finansowo, poszedł na dzienne studia. Na nauki społeczne i dziennikarstwo, ale go wylali w połowie drogi, bo zaczął pisać książki i nie miał głowy do nauki. Najpierw z Krajową Agencją Wydawniczą opublikował swoją autobiografię pod tytułem „Droga”. Książka rozeszła się w 5 tysiącach egzemplarzy, więc wziął się za biografię swojego kolegi klubowego, mistrza olimpijskiego Bronka Malinowskiego, ale wydawnictwo, które podjęło się ją wydrukować, splajtowało.

Śmierć Pikadora. Hugo-Bader szuka kolegów z podziemia

Droga
Od tamtego czasu prawie nigdy nie pracował. Mieszkał ze sparaliżowaną ciotką Ulą w jej komunalnym mieszkanku, pielęgnował ją, a ona w zamian trochę gotowała, ale najważniejsze, że miała rentę. Ona także pisała i wydawała książki, wygrała nawet kilka konkursów literackich, chociaż była bez szkół. Dogadali się, że w jej pracach za styl będzie odpowiadał Leszek, a honorarium będą dzielić po połowie.

Największym zrywem Leszka były pierwsze wolne wybory samorządowe w połowie 1990 roku, w których kandydował jako niezależny. Wtedy poznał Romka, Grześka i Wojtka, który został szefem jego kampanii.

Ostatniego dnia składania list Wojtek przedstawia zebrane podpisy, a komisja wyborcza nie chce ich przyjąć. Czując, że ktoś chce ich utrącić, zorganizowali blokadę ratusza, poruszyli niebo i ziemię, dzwonili do Państwowej Komisji Wyborczej, do Lecha Wałęsy i obradującego Sejmu. Wygrali, ale Leszek przepadł. Dostał 273 głosy. Zabrakło mu jednego, aby zostać radnym.

Ostatnią pracą Leszka byli „Idioci”. To książka o znanych z historii epileptykach. Jej wydania podjął się jeden z warszawskich banków, ale przyszedł nowy dyrektor, który postanowił, że nie będzie wydawcą.

– Wiesz co? Czuję się cholernie przegrany – zwierzył mi się, gdy 25 lat temu żegnaliśmy się na zawsze. – Nie mogę się spełnić w tym kraju. Ja nawet nie mam za co pojechać do tej cholernej Warszawy.

Był rozżalony, smutny, sfrustrowany. I wściekły. Razem z czwórką dwudziestoparoletnich przyjaciół, z których żaden nie miał pracy, zawodu ani pomysłu na życie, ani choćby dziewczyny, która by miarkowała, z wielkim czarnym sztandarem w garści sterowali w stronę przemocy. Pięciu wkurwionych załogantów z prowincjonalnej dziury w kraju na rozbiegu transformacji.

Kilka lat później umiera ciocia Ula, Leszek przestaje płacić za mieszkanie, więc go wyrzucają z bloku do starej kamienicy, do pokoiku ze wspólną toaletą pół piętra niżej i sąsiadką Erną za ścianą.

– Z czego żyjesz? – pytam 65-letniego anarchistę w stanie spoczynku.

– Z opieki społecznej. Co miesiąc piszę prośbę o zasiłek okresowy i na ogół przyznają, sprawdzają tylko, czy płacę za mieszkanie.

– Ile kosztuje anarchistyczna jaskinia?

– 26 złotych miesięcznie. Jakbym poszedł do pracy na umowę-zlecenie, tobym dostał tyle, co mi dają z pomocy, no to wcale się nie kalkuluje. W tym miesiącu dostałem 310 złotych plus 26 złotych dotacji na mieszkanie. A jak nie mam na papierosy, to wsiadam na rower i jadę na bloki, tam gdzie mieszka Wojtek, bo tutaj taka bieda, że w śmietniku jednej butelki nie znajdziesz.

Więc papierosy pali połóweczkami, a kawę słodzi sacharyną. Jakoś w zeszłym roku próbował popracować w Carrefourze, ale tam kamery na każdym kroku, które pilnują, żeby pracownicy nie siedzieli, więc czuł się, jakby go do łagru wpakowali albo do wojska – sytuacja dla anarchisty nie do zniesienia. Zwiał bardzo szybko.

Hugo-Bader o kolegach z podziemia. Kolumbowie rocznik 50.
 

tolep

five miles out
8 594
15 496
Piotr
Nie może zwiać, bo to oddział zamknięty. Południe. Na korytarzu salowa strzyże pacjentów za koleją, w świetlicy dyskoteka. Na środku dwa zgarbione ciała, a reszta balowników pod ścianami. Piotrek siedzi tyłem do parkietu.

– Długo tu jesteś? – pytam 48-letniego anarchistę w stanie spoczynku.

– Szósty miesiąc – mówi matowym głosem i martwą twarzą, która bardzo rzadko coś wyraża.

Od powrotu z Oslo, od chwili kiedy policja zgarnęła go z ławki w Warszawie. Nie miał dokąd pójść, gdzie się podziać, przytulić, zamieszkać. Miał dość życia włóczęgi, ulic, klatek schodowych, fedrowania śmietników i żarcia odpadków, tym bardziej że w Norwegii zimowe noce są paskudne. Po kilkunastu miesiącach w areszcie został zwolniony, ale miał się zgłosić do zakładu psychiatrycznego. Znowu? Za nic w świecie! Więc pryska, tym bardziej że mieszkanie matki w Łukowie, które zajmował przed aresztowaniem, komuś wynajęte. To właśnie tam sąsiedzi ukradkiem go truli, przewodami wentylacyjnymi wpuszczali gaz, więc musiał działać, wznowić akcje bezpośrednie, przygotować broń, rozpocząć intensywne szkolenie.

– W bezdotykowy sposób – opowiada Piotr. – W zakresie walk partyzanckich w nieregularnej wojnie z elementami broni biologicznej i gazowej.

– W salonie zbudowałeś szałas do spania.

– To była drewniana skrzynia antygazowa, a rura do oddychania była wypuszczona przez okno. A w drugim pokoju laboratorium i 17 gatunków zwierząt. Żaby, jaszczury, ropuchy, pies, gołębie, żmija, dwa skorki, pchła... Łapałem i przynosiłem do domu.

– Żmija jadowita?

– Jak to żmija. Uczyłem się nią posługiwać i nigdy mnie nie ukąsiła. Bo to jakby broń. Dydaktyczna. A na poligonie pod Łukowem sprawdzali na mnie koncepcję użycia miniaturowych odrzutowców do walki z pojedynczym człowiekiem.

– I za to przez rok trzymali cię w areszcie?

– Miałem zarzut nielegalnego posiadania ładunków wybuchowych, amunicji w postaci jednego pocisku, gróźb karalnych i bójki z sąsiadem z bloku – opowiada Piotr w oddziałowej stołówce.

– Tutaj dlaczego jesteś?

– Leczą mnie z czegoś, co nazywają paranoją, jakimiś tam urojeniami. Prześladowczymi. A tobie gdzie zainstalowali podsłuch? Bo każdemu coś podłączają. Ja cały czas jestem monitorowany. Nie jest łatwo się wymknąć.

Chociaż przez 12-13 lat przed aresztowaniem i Norwegią usilnie próbował. To czas, z którego najmniej pamięta. Wrócił właśnie z żoną Dorotą i dziećmi z Bieszczad, zainstalowali się w mieszkaniu jego matki, a potem po raz pierwszy trafia do psychiatryka – na trzy lata. Kiedy wraca, w domu jest zupełnie pusto. Trudno żyć z kimś pełnym podejrzeń, urojeń, kogo się obawiasz, boisz nawet, z kimś, kto mówi, że cię kocha, ale nie chce się leczyć. Przez całą dekadę z hakiem Piotr żyje z pomocy społecznej, śmietnikowych resztek, zbierania butelek, puszek, papieru i wałówek od żony, które mu dawała w czasie szybkich spotkań na klatce schodowej.

Wcześniej, w Komańczy, wytrzymali tylko dwa lata, skoro już opowiadam historię Piotra do tyłu. Mieszkali w ruderze, którą kupili w 1998 roku ze sprzedaży mieszkania Doroty. Żyli z resztek pieniędzy, które z tego zostały, bo co niby ma robić w Komańczy pianistka, nauczycielka muzyki, która znowu, już po raz trzeci, jest w ciąży, a jej mąż zajmuje się prozą. A jeszcze wcześniej, nim wyjechali w głuszę, prowadził w Łukowie zespół bębniarski dla mieszkańców pobliskiego ośrodka dla uchodźców.

Jak agenci ABW werbują antyfaszystów. "Nie obawia się pani o swoje dziecko?"

Droga
Pierwszy raz byłem u Piotra w Łukowie w 1992 roku. Siedział po turecku w matki mieszkaniu i wygłaszał orędzie, że do anarchistów idą outsiderzy, ludzie odrzuceni, którzy całe życie spędzili w kącie, na oślej ławce, bo są na przykład homoseksualistami albo narkomanami, rezolutnymi jąkałami ze szpotawą stopą, pomiętymi lamusami, ale którzy szukają akceptacji, miłości, przyjaźni, a co za tym idzie także obrony – a anarchiści nikogo nie odrzucają.

Na koniec powiedział, że w tym zasranym Łukowie czuje się jak Lenin na zesłaniu. Daleko od wszystkich, od wielkich spraw, od polityki, z koniecznością codziennego meldowania się na policji, bo taki był warunek zwolnienia z aresztu po granacie w konsulacie Izraela i dziesięciu miesiącach odsiadki.

Od trzech miesięcy więc czekał na sprawę sądową. Był oskarżony o terroryzm, jednak cieszył się z ograniczonej, ale wolności. Właśnie w tym czasie trafił na ekipę z Grudziądza. Wszyscy święci anarchistyczni byli przekonani, że skoro Piotr nie siedzi, to znaczy, że nie mają do czynienia z ruchem rewolucyjnym, tylko z ordynarnym terroryzmem policyjnym.

– To są jaja stare jak carska Rosja, gdzie robiło się takie numery, żeby pokazać swoją niezbędność – glindził jeden z gdańskich liderów. – Bo co te nasze służby specjalne mają do roboty? Nic, to zakładają organizację, która sprawia, że są potrzebni, ważni, i która daje im chleb.

Piotrek stanął przed sądem w 1994 roku. Dostał karę dwóch i pół roku więzienia, ale zważywszy że odsiedział już dziesięć miesięcy w areszcie, wykonanie reszty wyroku zostało zawieszone. W tym samym roku się żeni, a na świat przychodzi Alicja. A może kolejność była odwrotna?

– Parę miesięcy mnie szukałeś, zanim tu dotarłeś – mówi Piotr, kiedy przenosimy się do jego pokoju, gdzie ze zgrozą odkrywamy, że zajebali mu kawę z szafki. Kubek jest, cukier jest, łyżka, a kawy ni ma.

– Skąd wiesz, że szukałem?

– Przez czipa. W głowie.

– Masz zamontowanego?

– Ty też. Tylko tego nie wiesz.
 

tolep

five miles out
8 594
15 496
Wojtek
Od połowy lat 90. jest ulicznym reporterem Radia Grudziądz, wspólnie z Grześkiem wymyślają audycję na żywo z lotu ptaka, to znaczy z szybowca Puchacz bujającego nad miastem. Startują. Prądy zasysają ich pod cumulusy, a Wojtek po swojemu krzyczy do mikrofonu, jodłuje ze szczęścia, Grzegorz wykręca zgrabną beczkę, potem korkociąg i dziwną akrobację, której jeszcze nie opanował, więc na oczach i uszach całego miasta pakują się w zabudowania na peryferiach miasta. Trafiają w stodołę, Grzegorz łamie kręgosłup. Wojtek jest tylko poobijany, a czasy małych, prywatnych stacji lokalnych się kończą.

– Przyjechała warszawka, wielka, ogólnopolska stacja i na początku naszego wieku kupiła moje radio razem ze mną, całą załogą i częstotliwością – opowiada 50-letni anarchista w stanie spoczynku.

Pracował dla nich do czerwca 2016 roku i został zwolniony dyscyplinarnie, ale potem się zlitowali i zamienili na porozumienie stron. Bo zapominał, nawalał, wpadał w ciągi albo szedł na wywiady, a nawet wchodził na żywo w eter na potężnej bani. Jego największą namiętnością jest whisky, którą popija piwem, a jak się kończy – nie popija. I nie jada, jak nie ma popitki. Tydzień, dwa, miesiąc... Jeszcze rok, półtora roku temu z dumą pokazywał kolegom kolekcję 57 butelek whisky, z której korzysta do woli i na bieżąco uzupełnia. I o dziwo, radzi sobie finansowo, potrafi ostro zagrać na giełdzie i mieć z tego pieniądze, poza tym matka, która prawie całe życie pracowała w Niemczech, pomaga synowi jak tylko może, nie da umrzeć jedynakowi z głodu. W połowie 2016 roku ledwo uchodzi z życiem po ogromnym krwotoku wewnętrznym.

– Moja wątroba jest w fatalnym stanie – mówi Wojtek.

Jego małżeństwo przetrwało tylko pięć lat i rozpadło się w 2000 roku, kiedy miał 34 lata. Potem już z nikim się nie związał.

– Bo kobiety chcą, żeby facet wracał do domu, przynosił pensję, a w sobotę spływał z nią kajakiem po Wiśle do Gdańska – Wojtek robi minę, jakby miał zaraz zwymiotować. – Na początku spływałem, a potem mi się odechciało.

– Widzę w twoich oczach, że to ona cię zostawiła.

– Tak. Nie jest łatwo żyć z reporterem. Za bardzo wsiąkłem w tę moją robotę, w to moje miasto, któremu całkowicie się oddałem, a ona w domu cały czas schowana za deską do prasowania.

To jej też się odechciało. I dała nogę do Warszawy, zamieszkała we wspólnocie ruchu Hare Kryszny. Od jego dawnych kumpli wiem, że do stolicy uciekła z facetem.

Grzegorz
Romka nigdy nie widziano z dziewczyną, chociaż kiedy umierał, miał 31 lat. Zupełnie go nie interesowały, czego nie można powiedzieć o Leszku, ale jego małżeństwo nie wytrzymało nawet jednego roku. – Bo balowałem bez opamiętania – mówi. – To było jeszcze w latach 80. na Śląsku. Przepiękna kobieta. Dzieci na szczęście nie było, bo bym nie wyrobił z alimentami.

Od Leszka więc żona odeszła, kiedy na imprezie dawał w gaz na potęgę, od Piotra, kiedy był w szpitalu psychiatrycznym, a od Wojtka i Grześka, kiedy byli w pracy. Wojtek był zatrudniony kilkaset metrów od domu i żony, Grzesiek – kilkaset kilometrów. Jeden oddalił się mentalnie, drugi – dosłownie.

Grzegorz ożenił się z siostrą najbliższego przyjaciela, Romka, która miała zaledwie 18 lat, a więc o osiem lat mniej od niego. Rodzice Romka i Oli za nic w świecie nie chcieli zgodzić się na to małżeństwo, więc na ślub nie przyszli, tym bardziej że uroczystość miała miejsce w Urzędzie Stanu Cywilnego, a to bardzo religijna rodzina, ultrakatolicka, grudziądzcy kamienicznicy z całą kolekcją Jana Pawła II na taśmach VHS w regale, ale po latach, kiedy byli już dziadkami, pojednali się z córką i udało im się nawet namówić zięcia, żeby wzięli ślub kościelny.

Ale ciągle byli małżeństwem weekendowym, bo Grzegorz nie mógł dostać pracy w Grudziądzu, więc koledzy od latania załatwili mu robotę mechanika szybowcowego w Warszawie, 237 kilometrów od domu, do którego przyjeżdżał tylko na soboty i niedziele. Potem był kurierem, wiele lat pracował na infolinii dilera samochodowego, w telewizji kablowej i telefonii komórkowej, ale w każdą sobotę wbijał się w samochód i gnał do domu, do żony i córek. I tak 17 lat.

– Kiepski pomysł na życie – wtrąca się z buciorami reporter.

– Jasne! – wybucha 50-letni anarchista w stanie spoczynku. – Ale ja oskarżam Grudziądz, a nie siebie, bo to w nim nie było żadnej pracy dla mnie. I Olę jeszcze oskarżam, bo włączyła do gry swojego kolegę z pracy.

– Bo on blisko, a ty daleko.

– A ona stroi się bardziej jakoś. Przecież nie dla mnie. Rozwód. 8 marca, Dzień Kobiet, a na sali sądowej same baby i ja jeden. Sędzina, dwie ławniczki, dwie adwokatki, Ola, jej koleżanka jako świadek...

Ola mieszka sama z córkami i psem na drugim piętrze w kamienicy rodziców. To bardzo piękna, przemiła babka, z którą czas obchodzi się jeszcze bardziej łaskawie niż z Julią Roberts. Grzegorz w zeszłym roku zamieszkał razem z Alicją na ulicy Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu, w apartamenciku, który kiedyś był stajnią dla koni żydowskich furmanów.


Romek
– A Romek, twój przyjaciel i były szwagier, z czego żył? – pytam Grześka.

– Z narkotyków. Ćpał i dilował. Z Trójmiasta przywiózł do nas nie tylko Piotra, ale też prochy, którymi handlował całe życie. Miał przebogaty asortyment, być może także heroinę, ale specjalizował się w amfetaminie, którą przywoził z Gdańska w hurtowych ilościach, a marihuanę hodował w skrzynkach na parapecie. I z tym wszystkim eksperymentował.

Nigdy w życiu nie pracował. I nic a nic mu nie przeszkadzało, że on, ciągle jednak rewolucjonista, który powinien walczyć o dobro ludzkości, handlował narkotykami. Lubił mówić, że cel uświęca środki, że musi mieć forsę na bycie rewolucyjnym anarchistą i że Bakunin, Che Guevara i wszyscy rewolucyjni święci także żyli z brudnych pieniędzy.

– Bardzo brudnych – podkreśla Grzegorz. – Agata, anarcholka z naszego kolektywu, przypłaciła to życiem. Zaćpała na śmierć. Cholernie inteligentna laska, córka lekarzy. Była klientką Romka.

– Jego ojciec wiedział, czym syn się zajmował?

– Wiedział. Całe miasto wiedziało. Ojciec był upoważniony do jego konta, na którym trzymał forsę z tego biznesu.

– Całe życie miałem z Romkiem niesamowicie silną więź – dodaje Wojtek. – Ideologiczną. Niszczyć, co się da, a na gruzach starego budować nowe, tyle że u mnie każde kopnięcie w kosz na śmieci, połamana ławka w parku, rozwalona miska klozetowa w miejskim szalecie miała podtekst ideologiczny, a u niego zbójecki. On niby anarchol, ale bardziej w łobuzerce robił, tyle że nie na byle jakim poziomie. Elegancki chuligan, z fasonem, z klasą. Budynek żandarmerii podpalał, bo nasłuchał się Doorsów. Znasz ich „The End”?

– Jasne. Psychodeliczna muza. Strasznowaty tekst. „Podszedł do drzwi, zajrzał do środka. / Ojcze? Tak, synu? Chcę cię zabić. / Matko... Chcę cię... Fuck you...”. A potem „to już jest koniec” i bardzo wiele razy „kill, kill, kill...”.

– A Romek dwie butelki z benzyną w garści i do miasta. Zupełnie sam, bez obstawy nawet.

– Wciągnął coś wcześniej nosem? – pytam.

– Nie wiem. Ale po wszystkim szukają go w całym mieście, a on tuż koło miejsca zbrodni stoi pod mostem w wodzie po kolana i czeka, aż obława przejdzie bokiem.
 

tolep

five miles out
8 594
15 496
Droga
Romek miał w mieście opinię chojraka, szalonego chłopaka z wykręconymi bezpiecznikami, a nawet nieprzewidywalnego, groźnego psychola z napadami agresji, którego można było zobaczyć, jak gnał za kimś po osiedlu z siekierą w garści. W Grudziądzu połowa ludzi ma siekierę w domach, bo palą w piecach i potrzebują do rąbania rozpałki, ale Romek lubił ją nosić za pazuchą. Chuligan, który wybił szybę w sklepie mięsnym w kamienicy jego rodziców, ledwo uszedł przed Romkiem z życiem. Sam tłukł szyby, podpalał budynki, ale rodzicielskiego majątku, który kiedyś odziedziczy, chronił zazdrośnie. Taki był z niego rewolucjonista.

25 lat temu, kiedy pierwszy raz byłem w Grudziądzu, młodzi anarchiści nie zdradzili mi, czym Romek się zajmował, teraz dużo łatwiej zrozumieć mi jego brawurę. Amfetamina, czyli speed, to bardzo potężny psychostymulator powodujący ogromne pobudzenie, przypływ energii i bardzo podobny do kokainy efekt euforyzujący, tyle że jej działanie jest nieporównanie dłuższe i silniejsze.

Romek umierał w swoim mieszkaniu w zupełnej samotności. Rok 1998. Ojciec znajduje syna na podłodze w kałuży rzygowin, w których było bardzo dużo krwi, tyle że amfetaminę najczęściej wciąga się nosem, więc narkotyk nie ma kontaktu z przewodem pokarmowym. Skąd więc te torsje? Może z połączenia z wódką, które Romek bardzo lubił. Oficjalny komunikat medyczny mówił, że śmierć nastąpiła na skutek zadławienia wymiocinami, ale żeby od tego umrzeć, trzeba być bez przytomności, a Romek ćpał amfetaminę, która pobudza, a nie heroinę, która odcina prąd. Lekarze bardzo chcieli przeprowadzić sekcję zwłok, ale na prośbę rodziców zrezygnowali.

– Oni się strasznie wstydzili – opowiada Grzegorz, ich były zięć.

– Czego?

– Wszystkiego. A Romka najbardziej. Bo oni tacy religijni, straszni mieszczanie, a on pasożyt bez pracy, kryminalista i ćpun, który handluje narkotykami, a na dokładkę jeszcze chuligan i rewolucjonista.

Ale żeby chociaż nie był samobójcą, żeby nie zginął z własnej ręki. Rodzinna legenda jest więc taka, że chłopak wcale się nie zaćpał, tylko został otruty, na co by wskazywała krew, którą zwymiotował. Dzień wcześniej przyjechała do niego ekipa handlarzy narkotykowych z Gdańska, jego dostawców, którym był winien duże pieniądze. Poszli na kolację i rano Romek już nie żył, a jego ojciec odkrywa, że z synowskiego konta zniknęły wszystkie pieniądze. Gdyby jednak w tej teorii było ziarno prawdy, prokurator musiałby zarządzić sekcję zwłok, nie zważając na błagania rodziny.

Anarcho
Anarchizm to utopijna XIX-wieczna ideologia uznająca władzę państwową za źródło ucisku, dążąca do zniesienia wszystkich jej form i zastąpienia ustrojem bezpaństwowym. W 1988 roku niemal cały ruch anarchistyczny w Polsce został zjednoczony w działającej pokojowo Federacji Anarchistycznej, której celem jest walka przeciw wszelkim ograniczeniom wolności jednostki. Największymi sukcesami polskich anarchistów było wywalczenie wojskowej służby zastępczej i zatrzymanie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu.

Teraz już służby zastępczej nie ma, bo nie ma obowiązkowego poboru do wojska, a Polska znowu zabiera się do budowy elektrowni atomowej, bo się okazało, że bez energii jądrowej sobie nie poradzimy.

W późniejszych latach anarchiści wielkich sukcesów już nie odnosili, a o jedynej grupie, która zdecydowała się użyć siły przeciwko państwu polskiemu, liderzy Federacji mówili, że przyniosła ewidentną szkodę całemu ruchowi.

– Czy możliwa była współpraca Ludowego Frontu z zagranicznymi terrorystami? – pytałem.

– Jakieś kontakty na pewno były.

– Czy Piotr jest rewolucjonistą?

– No wiesz, dla nas jest po prostu śmiesznym palantem. Poputczikiem.

Poputczikami nazywano zachodnich pacyfistów, którzy w połowie lat 80. robili antyamerykańskie zadymy. Nie byli agentami KGB, ale było im z nimi po drodze. Poputczik to po rosyjsku współpasażer. A u nas wszyscy uwierzyli, że Piotr i jego Front podróżuje z naszymi służbami specjalnymi, czemu one absolutnie zaprzeczają. Ale już wcale nie jest pewne, że tej legendy o związkach Piotra ze służbami nie stworzyła sama bezpieka, żeby poróżnić anarchistów i zneutralizować groźną bojówkę.

– W połowie lat 90. Piotr mianował mnie swoim emisariuszem – opowiada Grzesiek. – Miałem pojechać do krakowskich anarcholi i przekonać ich, że lider naszej bojówki jest spoko, ale oni się upierali, że jak ktoś zrobił tyle pożarów, wybuchów i nie siedzi, a nawet nie miał procesu, to coś śmierdzi. Wracam do domu, mówię wszystko Piotrowi, a za dwa tygodnie rozpoczyna się sprawa w sądzie. Co za zbieg okoliczności! Dla mnie to też podejrzane.

Razem z Wojtkiem oglądam na YouTubie amatorski film „Wróg nr 1” o Piotrze i Ludowym Froncie Wyzwolenia. W końcowych scenach anarchiści z Gdańska opowiadają, że oni skupiają się teraz na akcji „Food not Bombs”, w ramach której dzielą się gorącą zupą z trójmiejskimi menelikami, ale widzę, że nie za bardzo smakuje, bo bez wkładki mięsnej.

– To niejedyna nasza akcja prowegańska – mówi do kamery słodka panna z aparatem na zębach za 4 albo 5 tysięcy złotych. – Oprócz tego organizujemy demonstracje w temacie praw zwierząt, happeningi na Dzień Ryby, antyfutrzarskie...

– Myśmy nie zajmowali się duperelami, nie robiliśmy pikiet przed zakładami mięsnymi, nie walczyliśmy o laboratoryjne szczury, myszy i futrzane czapki – mówi gorzko Wojtek. – My walczyliśmy o sprawy ważne.

Gówno prawda. W latach 90. zastygli na zastępczej służbie, a potem już o ich walce nikt nie słyszał. Byli wyznawcami, a nie bojownikami, wieszakami na glany i anarcholskie ciuchy, a nie rewolucjonistami, stojakami na czarne sztandary, konsumentami browara, którzy namiętnie czytają Schopenhauera, Nietzschego, Kropotkina...

Kapitał
– O czym marzysz? – pytam 50-letniego anarchistę w stanie spoczynku.

– Zawsze chciałem mieć swój pub – opowiada Wojtek. – Stać za barem, nalewać piwo i gadać z ludźmi. Właśnie skończyłem 50 lat. Teraz albo nigdy! Już mam nawet na oku lokal w bloku na moim osiedlu.

– Mroczna nora w piwnicy?

– No. Nawet czarna flaga anarcholi będzie. Klimacik obskurny, ale będzie można pogadać ostro o polityce, z czego jestem tutaj znany. To ma być pub z piwem i wolna trybuna. Znam w mieście wszystkich ludzi, lubią mnie, to nie zdradzą, będą przychodzić. Czas przebudować życie!

– Za co? – pytam, a on się krzywi, jakby zobaczył rozjechanego na ulicy kota.

– Mam trochę oszczędności, do tego wezmę z urzędu pracy wsparcie na otwarcie działalności...

– Anarchista?! Z państwową dotacją z urzędu?

– Tak. Dość dawno wyrosłem z anarchizmu.

Grzegorz mówi, że nie ma marzeń, Leszek zawile kręci o niepewności i nadziei, jak ktoś, kto wstydzi się przyznać, że marzy o trafieniu w totka albo trafieniu na wysypisku kartonu z zapasem fajor na dziesięć lat. Piotrek, z którym rozmawiam w zakładzie psychiatrycznym, chciałby żyć jak inni i żeby jego rodzina się połączyła. Tęskni za nimi.

– Bardzo dawno ich nie widziałem – mówi. – Dzieci były jeszcze małe, a ja mieszkałem na ulicy. Masz coś słodkiego?

– Nie, ale jak będę szedł po kawę, to kupię czekoladę.

– Dwa pączki zamiast czekolady. Lubię słodkie. Nałogowo. A więc dwa, tylko dwa.

A to znaczy, że nie jeden i nie trzy, tylko dwa pączki. Żadne tam babeczki, eklerki, bajaderki ze zmiotków, tylko pączki. I koniecznie dwa. Bo jeden to małowato, a z trzema to już problem z nadmiarem, tego trzeciego trzeba zagospodarować, zmagazynować. Albo zainwestować, ulokować, bo to jest już jakby towar nadliczbowy, produkt, majątek... Kapitał! – straszne słowo dla rewolucjonisty. A jeszcze musisz się z nim mordować, jakoś go schować, ukryć, zabezpieczyć, bo zajebią jak kawę. Albo dać! Tylko komu? Może wspólnikowi od kawy? No nie. Wystarczy, że kawę i cukier mamy wspólną. To może Cyganowi? Albo Pawełkowi, gdyby nie to, że już dostał papierochy, za co tak długo całuje po rękach... Same, kurwa, kłopoty. No to pączki mają być dwa!

– W Grudziądzu mieszkałeś u Romka – mówię po powrocie ze sklepiku. – Wiesz, co u niego?

– Zaćpał się – mówi 48-letni anarchista w stanie spoczynku.

– Skąd wiesz?

– Przez czipa. W głowie.

– Jego rodziców znasz?

– Na szczęście nigdy nie widziałem nawet, ale był ich udręką, a w naszych rewolucyjnych gazetkach pisał ciągle, że „im gorzej, tym dla nas lepiej”. A na koniec utopił się w rzygowinach. Skończył najgorzej, jak się da.

Wcale nie jestem pewien, czy najgorzej. Ten tekst był już skończony, kiedy zadzwonił do mnie Grzesiek z Krakowa i mówi, że Wojtek nie żyje.

Jego matka wyjechała na tydzień, więc ruszył w tango. Pił bez przerwy, likwidował swoją kolekcję whisky. Strażacy, którzy wyrąbali drzwi, zobaczyli mieszkanie całe we krwi.

– Umarł tak jak Romek – mówi Grzesiek. – Cały we krwi.

Jedne plamy były suche, stare, kilkudniowe, inne zupełnie świeże. Z jego 57 butelek ukochanego trunku zostało tylko 11. Z lodówki przez cały tydzień ubył jeden serek topiony. Policja sporządza protokół, że wyklucza udział osób trzecich, a listonosz przynosi pismo, że do odebrania jest 18 tysięcy złotych dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Tyle że nie na żaden pub, tylko na usługi przewozowe.

– Dzwoniłem do niego dzień wcześniej – opowiada Grzesiek. – Był potężnie pijany, ale nie odniosłem wrażenia, że spieszy mu się rozstać ze światem. Był w dobrym nastroju.

– Alkohol tak działa. Dopiero jak przestaje, robi się kapota.

– Ale na trzeźwo życia nie da się wytrzymać.
 
Do góry Bottom